Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
niedziela, 28 marca 2010

L'HOMME to propozycja domu YSL dla nowoczesnego mężczyzny. Sama kompozycja ma nowoczesny charakter i przypomina stosy innych okupujących półki perfumerii sieciowych. Nijakość i wtórność to cechy, które od samego początku perfumowej historii YSL były mu tak dalekie jak biegun północny od południowego. Za życia Yves SL konsekwentnie firmował perfumy wysokiej jakości, niebanalne i często bardzo odważne. Niestety L'HOMME może być przyczynkiem do niecierpliwych ruchów w grobowcu Saint Laurenta. Słychać protest wobec bylejakości i równania do średniej. A przecież jednak można dziś inaczej, o czym przekonuje choćby Dior...

Ale do rzeczy.

Otwarcie L'HOMME to słodkie przyprawy (imbir?) i cytrusy. Potem (kto zgadnie?) cytrusy wyparowują, a ostaje się nieco słodka mieszanka przypraw (imbir, pieprz i może coś jeszcze). Delikatnie prześwituje bazylia, natomiast fiołka nie zaznałem. Kolejne nuty stłamszone są przez mocne akcenty bobu tonka. Robi się waniliowo w ten specyficzny tonkowy sposób znany z dziesiątków perfum (choćby PI Givenchy, do którego wyczuwam tu spore podobieństwo). Warto zaznaczyć, że - przynajmniej na mojej skórze - L'HOMME bardzo szybko przechodzi do bazy i taki właściwie pozostaje.

 YSL L'HOMME to kompozycja która zupełnie mnie nie zaintrygowała, a co tu dopiero mówić o inspiracji do stworzenia wpisu na blogu. To zapach zapatrzony w ostatnie głównonurtowe syntetyczne drzewno-piżmowe wyczyny spod znaku Armaniego czy Bossa. Brak pomysłu, przeciętna jakość, solidna trwałość wymuszona syntetycznymi utrwalaczami. Mało. No i żal, bo YSL był przez lata gwarantem "czegoś więcej". Był, ale już nie jest.

  

nuty głowy: imbir, bergamotka, cytryna

nuty serca: przyprawy, biały pieprz, bazylia, liść fiołka

nuty bazy: bób tonka, wetiwer z Tahiti, cedr

twórca: Anne Flipo, Pierre Wargnye, Dominique Ropion 

rok wprowadzenia: 2006

moja klasyfikacja: raczej wieczorowy, przyprawowy, nowoczesny, syntetyczny, wtórny

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 3,5

trwałość: 4

flakon: 5

Paradoksalnie wersja letnia L'HOMME (Eau d'Ete) przekonuje mnie bardziej. Jest mniej słodka, bardziej pieprzowa i świeższa. W stosunku do oryginału, akord głowy zubożono tu o cytrynę, przez co zyskał on na świeżości. Z cytrusów pozostała jedynie bergamotka, która jest bardziej "kwaśna" i cierpka niż jej - lepiej nam znana - żółta krewna. Biały pieprz dominuje w pierwszej fazie akordu serca. Po czasie wyłania się wyraźna bazylia, przydając kompozycji nieco zieloności. Za to baza wzbogacona została o - syntetyczne rzecz jasna - piżmo. Receptura więc była dość prosta, a cała koncepcja wersji letniej L'HOMME sprowadziła się do "odsłodzenia", orzeźwienia i "uzielenienia" orientalnego bądź co bądź protoplasty. Znikły tajemniczne "przyprawy" i moim zdaniem zapachowi wyszło to na dobre. Kwestia gustu. 

nuty głowy: imbir, bergamotka,

nuty serca: biały pieprz, bazylia, liść fiołka

nuty bazy: bób tonka, wetiwer z Tahiti, cedr, piżmo

twórca: ?

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: na dzień, świeży, przyprawowy, nieco zielony, mniej słodki niż protoplasta, równie jak on nowoczesny i syntetyczny,

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 4

flakon: 5

W oby przypadkach warto docenić flakony. Różnią się one jedynie designem kolorystycznym, kształt pozostał zaś ten sam. Flakon jest prosty, dość masywny, w kształcie walca, z gustownym napisem. Największe wrażenie robi "zatyczka" w formie również masywnego sześcioboku, pokrytego błyszczącym metalem w kolorze srebra, zdobionego inicjałami YSL . Oba elementy połączone ze sobą tworzą swoistą trójwymiarową "hybrydową" figurę geometryczną. Ładne i efektowne. Dodam, że 100 ml flakon jest jednym z najcięższych, jakie znam. Podkreśla to bezsprzeczną męskość obu kompozycji. 

L'HOMME - zarówno oryginalny jak i ten w wersji eau d'ete - to klasyczni przedstawiciele nowoczesnej syntetycznej perfumerii mainstreamowej. Przeznaczone raczej dla mężczyzn chcących po prostu ładnie pachnieć, niż dla poszukiwaczy czy koneserów. Obliczone rzecz jasna na dużą sprzedaż, chyba realizują swój cel - sądząc po obecności w każdej perfumerii i konsekwentnym rozwoju linii (wersja "nocna" LA NUIT DE L'HOMME). Dziś to one tworzą i reprezentują markę Yves Saint Laurent. Czy robią równie godnie jak ich wielcy poprzednicy? Moim zdaniem nie. Ale niech to każdy oceni indywidualnie.

23:58, fqjcior
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 marca 2010

Korsykańczyk Marc-Antonio Corticchiato - twórca, nos i mózg Parfum d'Empire - tworzy perfumy pod tą marką od 2003 roku. Jego oryginalny pomysł polega na nawiązywaniu - poprzez tworzone perfumy - do historycznych imperiów. W zwięzły sposób opisano to na stronie perfumerii Quality: "Corticchiato (...) Swój pierwszy zapach Eau de Gloire zadedykował najbardziej znanemu Korsykaninowi Napoleonowi Bonaparte. Wkrótce powstała Eau Suave zainspirowana kolekcją róż z oranżerii cesarzowej Józefiny oraz Ambre Russe – upojna woń szampana, wódki, cerkiewnego kadzidła i herbaty z samowaru, czyli Rosji ostatnich Romanowów. Następnie kolekcję wzbogacił świeży szyprowy Iskander, odwołujący się do imperium Aleksandra Macedońskiego oraz pełen erotyzmu skórzany Cuir Ottoman oddający atmosferę tureckiej łaźni. Perfumy i historia to nie wszystkie pasje Corticchiato, który jest także zawodowym dżokejem. Equistrius, nazwał imieniem swojego ukochanego wierzchowca, dedykując skomponowany wokół nuty drogocennego irysa zapach Starożytnemu Rzymowi, dla którego mieszkańców koń był totemem. W Fougère Bengale angielska świeżość lawendy, gorące nuty siana, tytoń, tonka, wanilia i paczula oddają atmosferę polowania na tygrysa w Indiach czasów królowej Wiktorii. Osmanthus Interdite zabiera nas w świat zmysłów, harmonii i medytacji; w duchowy wymiar cywilizacji chińskiej. Z kolei Yuzu Fou odwołuje się do serca japońskiej awangardy, gdzie szkło i stal przeplatają się z zielonymi ogrodami.  Dziesiątą kompozycją jest Aziyade: najbardziej prowokujący – jak zapewnia sam twórca – zapach w historii perfumiarstwa. To kwintesencja erotyzmu zawierająca w sobie afrodyzjaki wszystkich kultur świata."

Sam Corticchiato jest świetnie wykształconym perfumiarzem, także w zakresie historycznych aspektów sztuki perfumeryjnej. Tę unikatowa wiedzę wykorzystuje w swych kreacjach. Kilka z nich miałem dużą przyjemność testować i przyznać muszę, że urocze, proste flakony wypełnione są doprawdy niezwykłymi wonnościami.

AZIYADE - ta tajemnicza nazwa to imię bohaterki książki Pierre Loti pod takim tytułem (znanej również pod innym - "Konstantynopol"), pół-autobiograficznej powieści opartej na pamiętniku francuskiego oficera stacjonującego w 1876 w Grecji oraz Istambule. Azyiade - osiemnastoletnia dziewczyna z haremu i niespełniona, zakazana miłość Lotiego była inspiracją dla Corticchiatto przy tworzeniu tej uroczej - zaznaczę, że damskiej - kompozycji. Dlaczego tym razem poświęcam miejsce na męskim blogu na damskie perfumy? O tym nieco później.

Za każdym razem testując zapachową kompozycję w sposób naturalny szukam odniesień do znanych mi kompozycji. W przypadku AZIYADE moje skojarzenia natychmiast popłynęły w kierunku Lutensowskiego ARABIE. Dzieło Włocha jest jednak bardziej owocowe i mniej przyprawowe. Przez to bardziej kobiece. Zapach ten miały być w założeniu nad wyraz zmysłowy i erotyczny. Połączenie nut kulinarnych (z których większość to słodkie wonie suszonych i kandyzowanych owoców, uzupełnione o klasyczne przyprawy orientalne) z akcentami kadzidlano-żywicznymi, dało iście ujmujący efekt. Czy tak mogła pachnieć namiętna i zmysłowa niewiasta z tureckiego haremu? Tego nie wiem, ale mogłaby na pewno. Tym perfumom nie można odmówić orientalnego przepychu. Są bogate i gęste. Przy tym piękne. Lubieżnie piękne, a chwilami nawet nieco wyuzdane. Smakowite. Pobudzające męską fantazję. Imponujący zestaw nut i składników to chyba cecha charakterystyczna dzieł pana Corticchiatto. W efekcie tworzy on kompozycje gęste, pełne przepychu i często pozbawione ewidentnych konotacji płciowych. Jednak w przypadku AZIYADE nastąpił ewidentny przechył w stronę płci przepięknej. Nie są to bowiem perfumy dla mężczyzn. Z wyjątkiem tych, którzy z chęcią poczuliby je na skórze kobiet(y) z własnego haremu....A stąd już niedaleka droga do portfela, bo okazji do sprezentowania ukochanej perfum (i to jakich!) jest przecież bez liku. A AZIYADE nabiera prawdziwego uroku dopiero na kobiecie. Wiem, bo testowałem. 

nuty: granat, kandyzowany daktyl, migdał, pomarańcza, suszona śliwka, kardamon, cynamon, imbir, kmin egipski, szarańczyn strąkowy (drzewo karobowe), kadzidło frankońskie, wanilia, absolut z madagarskiej wanilii, paczula, piżmo, czystek

WAZAMBA - to afrykański instrument muzyczny używany podczas ceremonii inicjacji. Symbolizuje wewnętrzną podróż charakterystyczną dla wielu wielkich cywilizacji. Perfumy te to hołd oddany tradycji palenia kadzidła w celu oczyszczenia siebie i otoczenia. O ile AZYIADE można uznać za twór nieco wyuzdany, a nawet lubieżny, o tyle WAZAMBA jest bardziej uduchowiona, skupiona. Połączenie kadzideł różnych religii z nutami balsamicznymi i drzewnymi daje bardzo estetyczny efekt. Nie spodziewajmy się tu jednak czegoś na kształt słynnych kadzidlaków CdG czy dzieł DURBANO. Nie ma tu kadzidlanego dymu. Są natomiast żywice. Wiodącą rolę gra tu balsam jodłowy. Jednak jego iglasta natura została ubogacona poprzez żywiczne i drzewne składniki. Rzadko zdarza się, by w jedną kompozycję wciśnięto aż tyle żywic i kadzideł. Jest tu olibanum z Somalii, mirra z Kenii, opoponax z Etiopii, sandałowiec z Indii, cyprys z Maroka, wreszcie jodła i.....jabłoń. Zresztą w ogóle w WAZAMBA czuć nutę owocową. Charakterystyczne kandyzowane owoce zdają się być jednym z ulubionych składników twórcy. W efekcie WAZAMBA jest zaskakująco słodka i bardziej żywiczno-bakaliowa, niż kadzidlana. Przewodnia iglasta nuta powoduje, że zapach ten z powodzeniem może zagościć na męskiej skórze, pod warunkiem, że jej właściciel nie ma nic na przeciw bogatym, orientalnym kompozycjom z udziałem słodkości. Ja nie mam :-)        

nuty: somalijskie kadzidło, kenijska mirra, etiopski opoponax, indyjskie drewno sandałowe, marokański cyprys, labdanum, jabłoń, balsam jodłowy 

20:45, fqjcior
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 marca 2010

VERSACE MAN rozpoczyna się dość ulepkowym zapachem karmelu albo lepiej - karmelowej krówki. Facet pachnący krówką, karmelem albo skondensowanym mlekiem?  Dziś to już nikogo nie dziwi... Początek jest umiarkowanie słodki, z lekko mdłą nutą. Na tym etapie zapach może zniechęcić. Warto jednak dać mu więcej czasu i uzbroić się w cierpliwość, bowiem czas działa na jego korzyść. Dyskretna ewolucja na skórze pozwala nam dość szybki zapomnieć o słodkim cukierku. Woń nabiera bardziej szlachetnego, kwiatowo-tytoniowego charakteru. Szafran z kardamonem tworzą lekko szorstką, nieco papierową nutę, która tli się przy samej skórze, ale i podąża na noszącym w formie bardzo subtelnego "szala". Przyznam, że "im dalej w las", tym VERSACE staje się ciekawszy. Nosi się go komfortowo. Jest dość lekki, co czyni go uniwersalną wodą toaletową zarówno na dzień, jak i na wieczór bez względu na porę roku. Żeby dobrze poczuć go na sobie, trzeba potraktować pompkę atomizera solidną serią. Bez obawy - trudno go przedawkować. Moc tych perfum oceniam jako średnią. Trzymają się raczej blisko skóry, są dość dyskretne mimo odważnej aplikacji. Trwałość to około 5 -6 godzin (zapach dość wyraźnie wyczuwalny na nadgarstku). Potem zaczyna zanikać. Sympatyczny i oryginalny flakon dopełnia przyzwoitej całości.

nuty głowy: kwiat gorzkiej pomarańczy, bergamotka, angelica

nuty serca: szafran, kardamon 

nuty bazy: ambra, labdanum, tytoń, drewno kaszmirowe

twórca: Domitille Michalon

rok wprowadzenia: 2003

moja klasyfikacja: uniwersalny, nowoczesny, subtelny

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 4

flakon: 4

Młodsza o trzy lata VERSACE MAN Eau Fraiche jest jak się można domyślać "odświeżoną" wersją protoplasty. Tym razem swój wybitny nos zaangażował sam Olivier Cresp. O ile oryginalnemu VM przypisuje się latynoski charakter - w związku z użyciem nut tytoniowych i akcentów orientalnych - o tyle w wersji świeżej zapach ma bardziej "śródziemnomorski" charakter. No właśnie... Jest świeżo. To na pewno. Nie będzie jednak oryginalnie.... Rozpoczyna się .... cytrusami. Na tym etapie pachnie to jak setki innych perfum. Zobaczmy, co będzie dalej. W akordzie serca robi się zielono, dzięki estragonowi i szałwii. Etap ten niestety potwierdza, że EAU FRAICHE to kolejna świeża woda toaletowa bez cienia charakteru i oryginalności. Co gorsza po nim nie ma już absolutnie nic interesującego. Mało tego - mam wrażenie, że trwałość jest co najmniej kiepska. Tak czy inaczej wersja Fraiche to zupełnie inny zapach, który - prócz kształtu flakonu - z protoplastą nie ma nic wspólnego. Również pod względem jakości. Kiepścizna. Już o nim zapomniałem. 

nuty głowy: cytryna, bergamotka, palisander, róża

nuty serca: cedr, estragon, szałwia, pieprz

nuty bazy: ambra, piżmo, szafran, nuty drzewne

twórca: Olivier Cresp

rok wprowadzenia: 2006

moja klasyfikacja: zielonkawy świeżak bez charakteru, strata pieniędzy i czasu

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 2

trwałość: 3

flakon: 4

09:50, fqjcior
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 marca 2010

Jedno z ostatnich dzieło Harry'ego Fremonta (obecnie Firmenich), odpowiedzialnego za całą masę męskich i damskich mainstreamowych perfum, to Mont Blanc HOMME EXCEPTIONNEL. Perfumy pokrewne takim znajomym jak A*MEN Muglera, Tommy Bahama FOR MEN, Azzaro VISIT czy Armani ATTITUDE. Autor skroił ten zapach wg wszelkich prawideł nowoczesnej perfumerii. Czyli: ograniczona ewolucja (od początku poznajemy charakter zapachu i wiemy, że koniec nie będzie wiele odbiegał od początku), ugrzeczniona intensywność, średnia trwałość i jakiś jeden niebanalny składnik. Tu jest to popularna ostatnimi laty kawa, którą czuję w otwarciu. Miesza się tu ona ze słodkawym cytrusem (mandarynka). Z czasem aromat kawy ustępuje miejsca dominującemu w fazie serca imbirowi. Baza zapachu to znane z wielu nowoczesnych kompozycji połączenie dość ostrego syntetycznego piżma (jakże mu daleko do szlachetności piżma z Narciso Rodriguez FOR HIM!) zanurzonego w słodkawym, ambrowo-waniliowym roztworze. EXCEPTIONNEL wcale nie jest taki "nadzwyczajny", jak się nazywa (no chyba, że odnosi się to do mężczyzny go noszącego). Jest bardziej dziełem wysokiej klasy rzemiosła perfumeryjnego, aniżeli perfumeryjnej sztuki. To jest ta jakże istotna różnica, która powoduje, że jedne perfumy się zapamiętuje, a o innych szybko zapomina. EXCEPTIONNEL jest bardzo poprawną kompozycją, obliczoną może na nieco bardziej wymagających nabywców. Wpisuje się w panujący od kilku lat trend "kulinarny", ale go nie ubogaca, ale też i nie zuboża. Jedynie kontynuuje.  Także - bez rewelacji, choć przetestować było warto.

Przy tej okazji warto chyba zacytować samego Fremonta, który tak oto charakteryzuje współczesny proces kreacji produktu, jakim są perfumy: 

„Niestety w obecnych czasach suma pieniędzy przekazywana nam (perfumiarzom – przyp. autor) w celu stworzenia zapachu jest śmieszna w porównaniu z pieniędzmi przeznaczonymi na resztę działań i środków związanych z wprowadzeniem perfum na rynek. Perfumiarz ma do dyspozycji od 1/50 do 1/30 całkowitego budżetu produktu. W konsekwencji każda nowa kreacja jest tylko cieniem tego, czym mogłaby być, gdyby twórca miał więcej środków do dyspozycji i mógł wykorzystać pełen potencjał palety zapachów oraz stworzyć najlepsze proporcje, tak by charakterystyczny dla kompozycji akord był możliwie najlepszy.” „Można mieć najlepszego perfumiarza, ale jeśli nie masz odpowiednich (dobrych) składników, nie będziesz miał skończonego, dobrego produktu. Obecnie jeżeli już pojawia się coś rzeczywiście innego w perfumach, to jest to zwykle jakiś nowy naturalny produkt albo nowy składnik chemiczny.”

Powyższe cytaty pozostawię bez większego komentarza, może z wyjątkiem tego, że pieniądz rządzi, a koszty trza ciąć! Ale to "oczywista oczywistość".

Wracając do EXCEPTIONNEL - warto zatrzymać się chwilę przy flakonie. Moim zdaniem jest on bardzo udany. Dość masywny, z grubego, białego, transparentnego szkła, z ciekawymi okrągłymi szlifami i idealnie dopasowaną plastikową zatyczką. Na "posrebrzanym" łączeniu flakonu z zatyczką wygrawerowano gustownie nazwę firmy. Ciecz o bursztynowej barwie prezentuje się w tak wykonanej buteleczce bardzo klasowo i ekskluzywnie.

P.S. Właśnie rzuciłem okiem na portfolio Fremonta i znalazłem tam... Tommy Bahama For Men (2005). Czyli podobieństwa obu kompozycji nie są przypadkowe. Dodam więc, że Tommy Bahama uważam za bardziej udane niż Mont Blanc.

 

Nuty głowy: kawa, mandarynka, lawenda

Nuty serca: szałwia, mięta, imbir

Nuty bazy: piżmo, paczula, ambra, wanilia

twórca: Harry Fremont

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: uniwersalny, kawowo-korzenno-piżmowy, "bezpieczny", zachowawczy 

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 3,5

trwałość: 3,5

flakon: 5

11:47, fqjcior
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 marca 2010

GRIS CLAIR -  "popielata przejrzystość" albo "przejrzysty popiel" (w dosłownym tłumaczeniu). Kolor cieczy we flakonie idealnie pasuje do nazwy, co więcej – świetnie oddaje klimat tej kompozycji. Jeszcze trafniej „streścił” ten zapach sam twórca: "lawendowy pył" - bo tak w dwóch słowach określa go sam Serge Lutens - to idealny opis tych szczególnych perfum. Co wyróżnia je spośród innych znanych mi dzieł Lutensa (i nie tylko)? Prostota i minimalizm (jak na Serge'a). Do tego bardzo oryginalny pomysł, polegający na stworzeniu perfum pachnących jak połączenie delikatnej, jedwabistej lawendy z wonią "czystego kurzu", „transparentnego pyłu”. Bez tych oksymoronów trudno by mi było wyrazić moje odczucia na temat tych perfum. Obraz jaki mam przed oczami, gdy kontempluję GRIS CLAIR (które wręcz proszą się o ich kontemplowanie), to polny dukt pośród lawendowych pól Prowansji, późnym letnim popołudniem, gdy słońce zmierza dynamicznie ku zachodowi, a resztki nagrzanego nim powietrza, pełnego drobinek lawendy wymieszanych z kurzem, mieszają się z już chłodnym podmuchem zbliżającej się nocy. Wyobrażam sobie, że tak może właśnie pachnieć to miejsce. Jak jest naprawdę - nie wiem. Ale wiem, że kiedyś się dowiem...  GRIS CLAIR jest cichy, jakby szepczący. Nie ma mocnych akordów, krzykliwych nut czy ciężkich gęstych woni. Jest za to dość szorstki, męski, jakby unoszony przez letni wiatr. Kompozycja rozpoczyna się delikatnie kręcącą w nosie lawendą. Nuta kurzu, lawendowego pyłu na wietrze, wyłania się po kilku minutach i przez dłuższy czas zdaje się dominować. O odpowiedzialność za ten zakurzony, zapylony akcent podejrzewam irysa, który jest tu niezwykle subtelny i wyważony. Taka irysowa mgiełka. Im bliżej finiszu, tym mniej pyłu, a więcej nut ciepłych, ambry i wanilii. Jednak bez przesady. Lawendowa kurzawka wciąż tam jest, choć już tylko w formie ulotnego wspomnienia...

Dla wielbicieli przyciężkawego, złożonego, często orientalnego Serge’a Lutensa GRIS CLAIR może być rozczarowaniem. Mnie jednak urzekł. Wyrafinowaną prostotą, nieco dusznym klimatem. Kompatybilnością koloru cieczy, jej zapachu i tytułu. No i tą niesamowitą nutą kurzu i pyłu. Świetne. Naprawdę świetne. Lato tuż, tuż - i tak sobie pomyślałem, że GRIS CLAIR może być wspaniałym dopełnieniem spaceru w letni ciepły wieczór...

 nuty: irys, bób tonka, ambra, lawenda, nuty drzewne  

 twórcy: Serge Lutens i Christopher Sheldrake

 rok: 2006

21:49, fqjcior
Link Komentarze (1) »