Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
piątek, 14 maja 2010

Christian Dior to dla mnie wciąż marka gwarantująca wysoki poziom firmowanych zapachów dla mężczyzn. Czasy się zmieniają, a flakon z napisem Dior wciąż (z drobnymi wyjątkami) oznacza jakość, oryginalność, klasę i piękno. Męskie "diory" to nieśmiertelne klasyki i często "kamienie milowe" męskiego perfumiarstwa - poczynając od EAU SAUVAGE (1966), przez JULES (1980), FAHRENHEIT (1988), DUNE PH (1997) aż po jakże odważny DIOR HOMME (2007).

W 2009 roku Dior postanowił uświetnić 21 urodziny oryginalnego FAHRENHEITA jego unowocześnioną wersją ABSOLUTE.  Zadanie kompozycyjne przypadło Francoisowi Demachy, który już raz wcześniej zmierzył się z legendą FAHRENHEITA i współ-popełnił (z Louise Turner) niespecjalnie udany sequel z numerkiem 32. Tym razem jednak zamiast na biało, myślał w kolorach ciemnej, brunatnej wręcz czerwieni. No i wyszło to zapachowi zdecydowanie na dobre. Choć w kinematografii sequele bywają najczęściej "popłuczynami" po pierwowzorach, to w przypadku perfumerii ta zasada ma znacznie więcej wyjątków. FAHRENHEIT ABSOLUTE jest moim zdaniem kompozycją dość udaną, choć jednak tylko sequelem. Nawiązuje do protoplasty, jednak umieszcza go w kontekście nowych czasów, nowoczesnej estetyki. Klasyk z 1988 roku  - to jedna z najoryginalniejszych i najbardziej rozpoznawalnych pachnących męskich wód w historii. Bestseller od momentu powstania, pozostał przy tym zapachem niebanalnym, śmiałym i pięknym (swoją drogą wstyd, że go jeszcze nie potraktowałem na blogu, co muszę nadrobić!).  Jego nowa odsłona podaje charakterystyczną fiołkową nutę w otoczeniu dziś - nie boję się stwierdzić - modnym. Mamy więc żywice (mirra i olibanum) oraz - uwaga - drewno oud, a więc składniki dotąd niemal "zarezerwowane"  dla twórców niszowych. Któż odważył by się po nie sięgać w kompozycjach przewidzianych do szerokiej, masowej sprzedaży? Tom Ford na spółkę z YSL. No i Dior. Może ktoś jeszcze.... Nie wiem, czy będzie to sukces rynkowy, ale wiem, że ABSOLUTE pachnie naprawdę dobrze. Może nie porywa, ale.... Chyba zbyt dobrze, by zrobić duży zysk... Gdyby nie fakt, że jego moc i intensywność zostały nieco okiełznane, pewnie by wpasować się w dzisiejsze trendy, można by śmiało mówić o jego niszowości. Właściwie to jest on niszą - na półkach sieciowych perfumerii. Bez dwóch zdań.

Podczas gdy oryginalny fiołek FAHRENHEITA porażał początkowym "paliwowym" podmuchem, by sfiniszować przepiękną skórzaną nutą, tu został on niemal całkowicie zatopiony i zastygł w żywicznej magmie, tak że jego woń została przytłumiona i zdławiona. Dosłownie czuć gęstość żywic w tej pierwszej fazie zapachu. Po kilkudziesięciu minutach fiołek odzyskuje oddech i zaczyna być mocniej wyczuwalny. Najwyraźniej lepiej współgra z żywicą somalijskiego kadzidłowca, niż z mirrą. Tu nie ma już wątpliwości, że to FAHRENHEIT. Choć inny, to jednak jakby skądś znany....Mam podejrzenie, że jeśli ktoś "nie trawił" oryginalnego FAHRENHEITA, a jednak coś go w nim magnetyzowało, to ABSOLUTE może być istotnym etapem na drodze akceptacji przodka. Wraz z upływającym czasem fiołkowa poświata znika, a zapach kieruje się z powrotem w dość typowe żywiczne rejony. Przyznam, że mam troszkę kłopot z oudem, nie potrafię go tu zlokalizować, ale w sumie wcale nie jest to konieczne. Natomiast od pewnego momentu moje skojarzenia biegną w kierunku DIOR HOMME INTENSE. Tak jakby oba pachnidła dzieliły ten sam akord bazy. Może to tylko złudzenie, jednak coś w tym jest...  (Czyżby Demachy był odpowiedzialny za DIOR HOMME INTENSE, tak jak to jest w przypadku wersji COLOGNE ? Kłopot w tym, że nie udało mi się znaleźć informacji na ten temat).

Na sam koniec pozostaje mi jednak wrażenie niedosytu. Początek jest naprawdę obiecujący, ale rozwój zapachu nieco roczarowuje. Jest jednowymiarowy, dość w sumie ubogi, prosty i "grubo ciosany". Mimo to zaliczam ABSOLUTE do ciekawszych współczesnych kompozycji. Na pewno warto go przetestować.

ABSOLUTE zamknięto w klasycznum już fahrenheitowskim flakonie dodając mu ciemnego zabarwienia. Współgra z zapachem ewidentnie. Podoba mi się.



akord głowy: esencja mirry z Etopii

akord serca: kadzidło z Somalii (podejrzewam olibanum, choć producent nie konkretyzuje),

akord bazy: drewno oud z Laosu

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2009

moja klasyfikacja: elegancki, wieczorowy, raczej oficjalny, dystansujący

moja ocena w skali 1-6

kompozycja: 4

trwałość: 4

flakon: 5 (klasyczny już kształt z nowoczesnym "twistem")

23:02, fqjcior
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 maja 2010

Ostatnio moja blogowa aktywność spadła. Chyba każdy blogger ma te okresy, gdy albo brak mu inspiracji, albo czasu. U mnie raczej to ten drugi przypadek, bo na opisanie czeka całkiem spora liczba męskich pachnideł (m.in. Kouros YSL, do którego recenzji wciąż dojrzewam). Niemniej oczywiście kolejne recenzje "piszą się" i mam nadzieje,że niedługo zaczną pokazywać się na blogu - w miarę moich czasowych możliwości. Tymczasem śpieszę poinformować tych, którzy tu zaglądają (za co serdecznie dziękuję), że właśnie rozpoczynam nowy etap swej olfaktorycznej przygody. Może okazać się on bardzo istotnym krokiem. Liczę na to. Na razie nie zdradzę szczegółów, ale jeśli temat "wypali", to na pewno informacje o tym pojawią się na blogu. Nie lubię stać zbyt długo w miejscu (to już prawie 1,5 roku jak piszę recenzje). Czas więc nieco się poruszyć. Są szanse, że będzie się sporo działo... :-)

14:33, fqjcior
Link Komentarze (15) »
sobota, 08 maja 2010

Od 1959 roku, kiedy to Jean-Paul Guerlain przedstawił światu męską wodę toaletową VETIVER, ten magiczny perfumeryjny składnik, otrzymywany z korzeni haitańskiej trawy, rozgościł się w perfumerii na dobre i choć w latach 80-tych XX w. troszkę o nim zapomniano, zepchnięto go na dalszy plan, to ostatnimi czasy, za sprawą głównie niszowych twórców, wetiwer wraca do łask, nawet jako główny temat kompozycji.  Ale i rynek perfum designerskich ma się w tej dziedzinie czym pochwalić. Przykładem choćby KENZO AIR czy najnowsze dziecko utalentowanej Danieli Andrier INFUSION D’VETIVER Prady. Sporą furrorę wśród entuzjastów perfum robi też kwaśno-wetiwerowy ENCRE NOIRE Lalique (nazwany tak chyba zresztą dla zmyłki).

W poprzednim - historycznym - wpisie wspomniałem, że formuła klasycznej wody kolońskiej ulega ostatnio poszerzeniu. We współczesnych kolońskich pojawia się właśnie wetiwer, nierzadko również jako ich temat. Przykładem jest designerska Zara AGUA DE COLONIA, czy niszowe Comme des Garcons Series 4: Cologne VETTIVERU.

CdG Comme des Garcons Cologne Series 4:  VETTIVERU

Mogę śmiało stwierdzić, że VETTIVERU CdG to bardzo komfortowa i sympatyczna kompozycja, przy tym jedna z najbardziej udanych znanych mi interpretacji wetiwerowej nuty. Wetiwer jest tu ewidentną dominantą (co nie zawsze się zdarza w perfumach z nazwą haitańskiej trawy w tytule), jednak otacza go kilka innych istotnych składników. Otwarcie przyprawione jest delikatnie cytrusami i praktycznie od razu czujemy lekko kwaskowaty wetiwer, troszkę przypominający ten z ENCRE NOIRE Lalique’a czy KENZOAiR (tam w towarzystwie anyżu). Wetiwer jest tu obecny od samego początku do końca. Pozostałe składniki tworzą prawie niewyczuwalne, ale solidne „rusztowanie” dla głównego składnika. Efekt to bardzo lekka, nieco słonawa i kwaśnawa, bezsprzecznie orzeźwiająca kompozycja, która idealnie wpasuje się w ciepłą, wiosenną i letnią pogodę. VETTIVERU jest kompozycją finezyjną, lekką, szlachetną, piękną w swej prostocie, naturalną w odbiorze. Jest - jak na niszowca - bardzo przystępna. To co ją wyróżnia, to wybitne zbalansowanie nut, bez popadania w przesadę (vide ENCRE NOIRE). Tak - to bezsprzecznie jeden z najbardziej uroczych wetiwerów, jakie znam.

Nuty: biały pieprz, piżmo, jaśmin, goździk, wetiwer, kwiat gorzkiej pomarańczy, cedr, bergamotka, kardamon



 

Zara VETIVER AGUA DE COLONIA

Zapach "ze stajni" Antonia Puiga. Prosty kartonik zawiera dość lakoniczne (ale dobre i to)  informacje nt. obecnych w tej kompozycji nut: grejpfruta, kwiatu pomarańczy i – oczywiście - wetiweru. Jednak propozycja Zary to – mówiąc oględnie - dość swobodne potraktowanie tematu, bo wetiweru jako takiego jest tu mało. Nie wątpię, że został użyty, jednak nie wysuwa się on na pierwszy plan przez długi czas. Zapach ma od samego początku rzeczywiście klasycznie koloński charakter – grejpfrut, którego naturalną cierpką kwaśność złagodzono kwiatowym, klasycznym kolońskim akordem neroli, grają w zgrabnym duecie pierwsze skrzypce przez większość czasu, nadając ten charakterystyczny oldskulowy sznyt. Przez to Zara pachnie jak na poły nowoczesna interpretacja klasycznej kolońskiej. Tytułowy wetiwer stanowi na tym etapie tło, by w finale przejść do kontry i zwieńczyć dzieło wonią lekko gorzką, lekko cierpką. Wetiwer Zary różni się znacząco od ujęcia Comme des Garcons. Daleki jest również od niszowej, botanicznej i surowej wetiwerowej konwencji obecnej w dziełach takich marek jak Etro czy Lorenzo Villoresi, jak i od wetiwerowego wzorca Jean-Paula Guerlaina. Bliższe jest za to takim zapachom jak Creed ORIGINAL VETIVER czy COLOGNE Thierry Muglera.

Na uwagę zasługuje niezwykle prosty i gustowny, prostopadłościenny, „ekskluzywnie chanelowski” flakon (charakterystyczny dla całej trójcy wód kolońskich Zara), z ascetyczną, zielonkawą etykietą, nawiązującą do ładnej, zielonej barwy cieczy (choć innej niż ta widoczna na fotografii - w rzeczywistości jest mniej "zgniła", bardziej klasycznie "trawiasta"). Warto dodać, że stosunek ceny do jakości jest w przypadku kolońskiej Zara bardzo korzystny. 20 EUR za 200 ml flakon (!) będzie zgoła bardziej udaną inwestycją niż ADIDAS czy inny STR8.

 

akord głowy: grejpfrut

akord serca: neroli

akord bazy: wetiwer


 

Trwałość obu wód jest zbliżona. Są dobrze wyczuwalne przez 3-5 godzin, ale trwają na skórze znacznie dłużej, bo nawet ponad 8 godzin. Nie można więc narzekać - w końcu to kolońskie.

18:18, fqjcior
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 maja 2010

Zanim w kolejnym wpisie zajmę się dwoma dość nietypowymi wodami kolońskimi, dziś troszkę właśnie kolońskiej historii. Wpis powstał m.in. w oparciu o informacje pochodzące z bloga Bois de Jasmin oraz serwisu Fragrantica.com.

W 1709 roku włoski perfumiarz Gian Paolo Feminis skomponował na zamówienie Ludwika XV – fanatyka zapachów, którego dwór zyskał nawet miano „pachnącego dworu” -  wodę „Aqua Admirabilis”. Była ona oparta na spirytusie grejpfrutowym, olejku neroli (kwiat gorzkiej pomarańczy), bergamotce, lawendzie i rozmarynie. Wkrótce Feminis przeprowadził się z Włoch do niemieckiej Kolonii, gdzie jego bratanek Jean Marie Farina kontynuował wytwarzanie lekkiej, odświeżającej, pachnącej cieczy, która szybko zyskała nazwę „wody kolońskiej”. Farina opisywał swego czasu w liście do swego brata, że zapach jego wody „przypomina włoski, wiosenny poranek po deszczu; pomarańcze, cytryny, grejpfruty, bergamotkę, cytron oraz kwiaty i zioła, rosnące w mojej ojczyźnie." W owych czasach nie było jeszcze mowy o prawach autorskich, więc Farina szybko znalazł wielu naśladowców. Kilkadziesiąt lat później, w 1792 roku, mnich Wilhelm Muelhens rozpoczął w Glockengasse produkcję własnej wersji wody kolońskiej, z przeznaczeniem do użytku zarówno zewnętrznego, jaki i wewnętrznego (!). Jednak już w 1795 roku został on sądownie zmuszony do zmiany nazwy swego sztandarowego produktu. Tak powstała znana i produkowana do dziś „4711 Echt Kolnisch Wasser”. W 1810 roku Napoleon Bonaparte wydał dekret nakazujący odtajnienie i podanie do publicznej wiadomości formuł wszystkich substancji przeznaczonych do użytku wewnętrznego. Chcąc zachować swoją recepturę w tajemnicy, Muelhens szybko przemianował swój produkt jako przeznaczony wyłącznie do stosowania zewnętrznego, unikając w ten sposób konsekwencji napoleonowskiego dekretu. Tak oto sprytnie omijano prawo gospodarcze już w XIX wieku :-)

Tak w ogromnym skrócie przedstawia się  historia jednego z najpopularniejszych męskich kosmetyków, który na przestrzeni stuleci doczekał się niezliczonej ilości interpretacji i mutacji. Jedno nie zmieniło się jednak przez lata. Tradycyjna woda kolońska oparta jest do dziś na cytrusach z dodatkiem ziół i charakteryzuje się niskim udziałem olejków eterycznych. Lekka, niezbyt intensywna, o zmniejszonej w porównaniu do wód toaletowych, zawartości „istoty zapachowej”, stała się nazwą dla całej grupy pachnących wód, w których zawartość ekstraktu perfumowego wynosi 2-5%, zaś alkohol stanowi około 70%. Historycznie zaadaptowana przez mężczyzn, ma orzeźwiać i odświeżać po porannej toalecie. Można, a nawet trzeba, się nią obficie zlać (stąd często występuje w postaci lanej, bez atomizera), a następnie mocno wciągnąć do płuc pachnące molekuły by poczuć się obudzonym, pełnym energii i gotowym do kolejnego pracowitego dnia.

Dziś więc termin kolońska nie ogranicza się li tylko do wód opartych o klasyczną recepturę. Choć oczywiście kolońskich wód cytrusowych znajdziemy na rynku najwięcej. Zarówno tych skomponowanych wieki temu (wspomniana Muelhens 4711, Guerlain Eau de Cologne Imperiale), tych nieco młodszych (Aqua Di Parma, Chanel Eau Cologne, Hermes Eau D’Orange Verte), jak i tych współczesnych (kolońskie cykle Diora, Diptyque'a czy Hermesa). Jednym z ostatnich "podejść" do kolońskiego tematu są wody marki Maison Francis Kurkdjian Cologne Pour Le Soir i Cologne Pour Le Matin.


Twórcy starają się obecnie poszerzać kolońską konwencję, czego jednym z najjaskrawszych przykładów jest odważna Eau de Gentiane Blanche HERMESA, z charakterystyczną, roślinną, gorzkawą nutą gentiany i irysowymi akcentami, ale bez cytrusów, za to z kadzidłem i piżmem w składzie. Przy takim zestawie na przykład wetiwer wydaje się być wręcz synonimem kolońskej tradycji. Rzeczywiście - rozpatrywany jako jeden ze składników bywał tu i ówdzie. Jednak jako temat przewodni wody kolońskiej występuje znacznie rzadziej. Tymi rzadkimi przypadkami - konkretnie dwoma z nich - zajmę się w kolejnym wpisie.

20:53, fqjcior
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Serge Lutens poczuł się zmęczony. Czym? Jak to czym? Perfumami, m.in. zapachami, których sam jest autorem, a także wyperfumowanym otoczeniem. Znany dotąd z barokowo przebogatych, często orientalnych,  nierzadko ciężkich i gęstych, pełnych ornamentów kompozycji Serge postanowił zmienić - pewnie na jakiś czas - kierunek swych olfaktorycznych poszukiwań, w których - najprawdopodobniej - wciąż towarzyszy mu Christopher Sheldrake (aczkolwiek pozostaje to jak dla mnie wciąż niewyjaśnioną do końca kwestią). Efekt ich ostatnich zmagań z molekularną materią pachnącą sam autor określa jako "antyperfumy". Wokół L'EAU SERGE LUTENS tworzona jest marketingowa otoczka, która ma nam wmówić, że te L'EAU to nie perfumy. Czymże więc jest L'EAU SREGE LUTENS? Co zawiera ten tajemniczy eliksir i wreszcie - jak on pachnie?

"Kwestią kluczową jest to, czego nie dodałem do tej kompozycji", objaśnia autor. Zacznijmy więc od tego, czego w tym zapachu nie ma. Ano nie ma przypraw, nie ma drzew, suszonych owoców, brak też piżm czy kadzideł, które to wszystkie dotąd stanowiły podstawowe ingrediencje dzieł tego ekscentrycznego artysty. Dodam tu, że imponuje mi jego zdystansowane podejście do własnej zapachowej twórczości. W przeszłości dziennikarz, później rozchwytywany i ceniony wizażysta, potem z kolei fotograf, dziś - mieszkając w Marakeszu - tworzy perfumy pełne pasji, piękna i tajemnicy.Twierdzi jednak, że jeśli jakaś inna dziedzina sztuki zainteresowałaby go w dostatecznym stopniu, byłby gotów porzucić perfumiarską pasję i zająć się czym innym. Lutens to artysta poszukujący, także w dziedzinie perfumerii. L'EAU to wyraźny efekt poszukiwań czegoś "innego", na swój sposób "nowego". Właśnie. L'EAU to inny Lutens. Lekki, ale nie ulotny. Świeży, ale nie "swieżakowaty". Delikatny, ale wyczuwalny. Trwały do tego. Ogólnie - moim zdaniem bardzo interesujący i udany.Jak "nie pachnie" woda Lutensa?" Nie pachnie jak tradycyjnie pojmowane perfumy (dajmy na to wodne, kwiatowe, orientalne, drzewne, fougere czy szyprowe). Gdy już odparują pierwsze mocniejsze, leciutko cytrusowo-kwiatowe nuty (na tym etapie to jeszcze tradycyjne perfumy)  L' EAU zaczyna pachnieć jak wyprana, prasowana biała koszula. Czuć zapach rozgrzanej lnianej czy bawełnianej tkaniny, czuć woń pary wydobywającej się z żelazka. Dobiega mych nozdrzy nawet subtelny charakterystyczny zapach rozgrzanego metalu. Fachowcy od molekuł twierdzą, że to efekt zastosowania w zapachu konkretnych aldehydów, które mają specyficzny, metaliczny zapach. W każdym razie efekt jest dość sugestywny. W miarę rozwoju L'EAU na skórze zaczyna on do złudzenia przypominać tę niesamowitą woń wypranej i wysuszonej na słońcu i wietrze pościeli. Cała kompozycja więc jest czysta, nieskazitelnie biała. W jej schyłkowym okresie na skórze dominują wyraźne piżma, lekko słodkawe, ciepłe i.....nieco kobiece. Jak widać L'EAU - pomimo swej pozornej prostoty - zalicza jednak kilka zwrotów akcji. Czuć rękę i nos Mistrza oraz wysoką jakość zarówno składników, jak i samej kompozycji. Mimo że nie wystawny i obfity, to wciąż jednak Serge Lutens, bezkompromisowo dobierający składniki i ich proporcje w imię zrealizowania swej olfaktorycznej wizji.

Serge nie dzieli swych kompozycji na męskie i damskie. Tak jest i w tym przypadku. Choć tu i ówdzie L'EAU przechyla się moim zdaniem nieco na kobiecą stronę, to jednak ogólnie zapach ten jest uniwersalny. Jeżeli facet użyje L'EAU, to sądzę, że może zostać odebrany przez otoczenie jako osoba, która nie pachnie perfumami, tylko założyła świeżutko wyprasowaną "pachnącą praniem" koszulę. O to zdaje się Lutensowi chodziło. Stworzył "antyperfumy". Jakkolwiek nierealnie brzmi taka koncepcja - udało mu się i wcale mnie to nie zaskakuje. W końcu to niezwykle świadomy artysta, który do tego co mówi i robi podchodzi bardzo serio. Nie ma tu mowy o pustych sloganach. L'EAU naprawdę pachnie tak, jak tego chciał Serge. I jest to nowa jakość w jego portfolio, a może nawet i w ogóle w świecie perfum. Za symboliczne należy uznać umieszczenie pachnącej cieczy w nietypowym dla Lutensa pod względem kształtu flakonie, ozdobionym także nietypową etykietą z takimż nadrukiem. Trudno tu jednak mówić o jakiejś rewolucyjnej ucieczce od dotychczasowej estetyki opakowań jego perfum. Główna myśl została zachowana.

nuty: aldehydy, cytrusy, magnolia, biała mięta, szałwia, nuty ozonowe, piżmo

21:13, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 29