Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
sobota, 31 października 2009

"Wyzwaniem jest stworzyć zapach, który nie przypomina niczego, co jest dostępne na rynku i jednocześnie jest wystarczająco piękny, by każdy chciał go kupić."

Christopher Sheldrake - nadworny nos Serge'a Lutensa....

FIVE O'CLOCK AU GINGEMBRE czyli herbatka z imbirem

Pewnie będę się powtarzał, ale nuty herbaciane w perfumach należą do moich ulubionych. Stąd chyba decyzja, by rozpocząć dokładniejsze poznawanie kompozycji Serge'a Lutensa od Five O’ Clock Au Gingembre. Zapach skomponował oczywiście Christopher Sheldrake (co ciekawe autor m.in. damskiego PERCEIVE marki Avon - całkiem ładnie pachnącej wody toaletowej). Patrząc na listę akordów Five o'Clock, uderza ich "smakowość". I coś w tym jest. Początek to dla mnie smażona skórka pomarańczowa - zapach kojarzący się z dzieciństwem, gdy tego typu przetwory moja mama przygotowywała własnoręcznie. O ileż bogatsze olfaktorycznie było dzięki temu nasze dzieciństwo! Dziś - w czasach półproduktów oraz przetworów gotowych - dzieci nie czują w domu zbyt wielu takich naturalnych, pięknych i zapadających na zawsze w pamięć zapachów. A szkoda. Wracając jednak do tematu - po pewnym czasie Five O'Clock traci na cytrusowości i robi się herbaciany i słodkawy. Taka herbatka z miodem, skórką pomarańczową, odrobiną cynamonu i pewnie imbiru. Wraz z upływem czasu dochodzi do akordu bazy, którym jest - jak dla mnie - wyraźna woń herbaty. Miło, lekko, przyjemnie. Zapach nieabsorbujący, niezobowiązujący, fajny. Raczej delikatny, choć o przyzwoitej trwałości.  Relaksujący, świetny na ten jakże miły czas pomiędzy wzięciem kąpieli a pójściem spać. Domowy, pantoflowy. Dla panów i dla pań. Na jesienne i zimowe wieczory przy kominku (jak ktoś ma, a jak nie - to od czego wyobraźnia? ;-). Nie ma tu jednak żadnej rewelacji. No ale jeśli twórca chciał, by spodobał się wszystkim....

 

Autor: Christopher Sheldrake

Nuty: bergamotka, kandyzowany imbir, miód, pieprz, czarne kakao, rozpływające się w ustach delikatne ciastko (!), piernik, paczula, wetiwer

 

VETIVER ORIENTAL czyli........

Wetiwer to kolejny perfumowy składnik z mojej listy ulubionych. Klasyczny VETIVER Gurelaina często towarzyszy mi w słoneczne ciepłe dni, a magiczny VETIVER DANCE Andy Tauera jest na mojej liście "must have". Charakterystyczne dla tych kompozycji - i dla wielu wielu innych opartych na wetiwerze - jest zastosowanie nut cytrusowych jako jego niedłącznych towarzyszy. Na tym tle propozycja Lutensa wyróżnia się. Mamy tu bowiem bardzo osobliwą mieszaninę składników, z których warto wyróżnić te tworzące akord serca i decydujące tak naprawdę o orientalnym charakterze kompozycji: gwajak i czekolada. Niesamowite połączenie. Początek zapachu jest faktycznie zielonkawy, drzewny. Chwilę potem wyczuwalny staje się korzeń wetiweru otoczony słodkawą (ale nie słodką!!), ciepłą otuliną gwajakowo-czekoladową. Czekolada jest tu jednak niezwykle subtelna, niewyczuwalna jako osobny składnik, lecz zmiksowana z gwajakiem w jedną delikatną ciepłą substancję. Finał to ewidentny gwajak, nieco podobny do tego z GAIAC M.Micallef. Przyjemny, trzeba przyznać. Jednak VETIVER ORIENTAL nie stał się dla mnie obiektem pożądania. Miło jest spryskać nim przedramię przed snem. Owszem. Przyjemnie się wówczas zasypia. Ale to wszystko. Tradycyjne użycie go nie przyniosło mi specjalnych przeżyć. Było tak sobie. Był delikatny, trzymał się raczej przy skórze, miał średnią trwałość - ok 6 godzin. Amatorom wetiweru jednak polecam wypróbowanie ze względu na jego niesztampowe ujęcie. Tak tylko żeby uzmysłowić sobie, że "można i tak".

Autor: Christopher Sheldrake

Nuty głowy: zielone ziołowe soki, irys, drzewne nuty gałęzi

Nuty serca: korzeń wetiweru, drewno gwajakowe, czekolada

Nuty bazy: piżmo, ambra, drewno sandałowe, labdanum

 

MIEL DE BOIS czyli miodowe drzewa

Miodowe drzewa wbrew subtelnej nazwie są najmocniejszą, najbardziej wyraźną kompozycją z opisywanej trójcy. Zaczynają się niezwykle ostrą, wręcz zatykającą nos ferią drewna gwajakowego i - podobno - dębu. Jest mocno słodko i drewnanie. Z czasem te dość długo trwające nuty ustępują niezwykle wyraźnemu akordowi miodowemu, by po kilkudziesięciu minutach sfinalizować się jako specyficzna woń wosku pszczelego (co potwierdziła osoba zorientowana, bo ja tego zapachu po prostu nie znałem). W każdym razie to jedna z tych kompozycji, które pięknie i wyraźnie ewoluują, zgodnie z zamierzeniami twórcy. Tym zapachem naprawdę można się upajać. Za każdym użyciem podoba mi się bardziej. No i zaliczam go do tej samej olfaktorycznej rodziny, do której należy GAIAC M.Micallef. To ten sam typ, tylko że głośniejszy. Z pośród wszystkich propozycji Lutensa, które tu opisałem Miel De Bois przemawia do mnie najbardziej. Czuć wysokiej jakości składniki, czuć ewolucję zapachu. No i ma on największą trwałość, a akord bazy jest całkiem intensywny. 

Autor: Christopher Sheldrake

Nuty głowy: suche, łamiące się i pękające w dłoniach drewno gwajakowe i dębowe.

Nuty serca: słodki i gęsty biały miód

Nuty bazy: wosk, nuty zwierzęce, irys, głóg  

Reasumując muszę oddać Sheldrakeowi: pomysłowość (choć koncepcje są pewnie autorstwa Lutensa, za to ich realizacja robi wrażenie), świetny warsztat, składniki wysokiej jakości. Ma też wyraźnie wyczuwalny styl. Jego kompozycje są przyjemne, ciepłe, naturalne, ale niebanalne. Rozbudziły moją ciekawość wobec kolejnych pozycji z kolekcji Lutensa.

20:58, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009

Kolejny męski zapach - legenda. Aromatyczne fougere z 1978 roku autorstwa Gerarda Anthony'ego, przy sporym udziale Richarda Wirtza i Martina Heiddenreicha, jest wciąż bardzo chętnie kupowaną męską wodą toaletową, szczególnie we Francji, gdzie jeszcze w 2006 roku zajęła ona trzecie miejsce w kategorii najchętniej kupowanych perfum na prezent na Dzień Ojca. To znamienne, bowiem faktycznie Azzaro PH to zdecydowanie perfumy dla mężczyzn, nie dla chłopców. "Legenda" głosi, że Wirtz podczas prac nad recepturą tej kompozycji, podobno składającej się z 320 składników (!), o mało nie zakończył przedwcześnie projektu ze względu na swój obsesyjny wręcz perfekcjonizm, który nie pozwalał mu osiągnąć zadowolenia z efektów pracy. Pomysłem przyświecającym trójce "nosów" było stworzenie nowoczesnego aromatycznego fougere z piżmowym podłożem. Punktem wyjścia dla nich było wcześniejsze Paco Rabanne Pour Homme. I to rzeczywiście czuć, choć oczywiście obie kompozycje różnią się od siebie. Azzaro jest lepiej skomponowany, bardzie "okrągły", przyjemniejszy, nowocześniejszy, mniej oldskulowy, choć przecież niewiele młodszy od Paco Rabanne PH.  Pomimo użytego ogromu składników, Azzaro PH jest raczej ich bardzo udaną mieszanką, aniżeli kompozycją ewoluującą, gdzie moglibyśmy delektować się  każdym wyraźnym akordem z osobna (jak choćby jest to w CHANEL EGOISTE). Dzięki temu Azzaro PH tworzy nową jakość. Pachnie oryginalnie i nie jest to li tylko ewolucja poszczególnych akordów. Robi spójne, całościowe wrażenie. Lawendowo-anyżowo-ziołowo-cytrusowy początek może zwalić z nóg. Potem jednak pięknie mości się na męskiej skórze i trwa, przechodząc w paczulowo-wetiwerową-??? mieszankę (trwającą ładnych kilka godzin), by w końcu udać się w kierunku ciepłego, słodkawo-aromatycznego finału z wyraźną ambrą, lekką wanilią i subtelnym piżmem. Azzaro PH jest elegancki, zrównoważony i bardzo męski, jak świetnie skrojony włoski garnitur. Ma tę przewagę nad Paco Rabanne PH, że nie trąci tak mocno lawendową "myszką". Jest też doskonałą alternatywą dla tych, dla których YSL Rive Gauche to za wiele. Tak - ta stworzona przez Jacquesa Cavalliera w 2003 roku kompozycja bezsprzecznie inspirowana była Azzaro PH.  Nie może być tu mowy o zwykłej koincydencji. Oba zapachy mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Tyle, że Rive Gauche jest bardziej wyrafinowany, "gęstszy" i - pomimo swego zamierzonego oldskulowego charakteru - jednak nowocześniejszy, choćby przez zastosowanie nut drewna gwajakowego, których w Azzaro (czy Paco Rabanne) próżno szukać.  Wszystkie trzy kompozycje są bardzo pokrewne i mają charakter klasycznych aromatycznych fougere. Warto je poznać by wyrobić sobie zdanie. Azzaro Pour Homme jest z nich wszystkich propozycją najbardziej zapachowo przystępną, co nie znaczy, że najmniej interesującą czy najmniej udaną. Jego ciągła popularność o czymś jednak świadczy...

Nuty głowy: kminek, irys, lawenda, szałwia, bazylia, anyż, bergamotka, cytryna

Nuty serca: drewno sandałowe, jagody jałowca, paczula, wetiwer, cedr, kardamon

Nuty bazy: skóra, bób tonka, ambra, piżmo, mech dębu

Typ zapachu:  aromatyczny fougere

twórcy: Gerard Anthony, Martin Heiddenreich, Richard Wirtz

rok wprowadzenia: 1978

moja klasyfikacja: ultramęski, elegancki, stylowy, wyważony, raczej dla dojrzałych mężczyzn, do biura i na oficjalne okazje,

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 5

trwałość: 5

flakon: 3

21:48, fqjcior
Link Komentarze (7) »
środa, 21 października 2009

Zaczął się najmniej lubiany przez większość ludzi okres roku. Jesień to - szczególnie w ostatnich latach - faktycznie czas niesympatycznej deszczowo-błotnistej szarugi. Kto wie - być może to immanentny efekt zmian klimatu i nigdy już nie doświadczymy pięknej polskiej złotej jesieni czy białej, mroźnej zimy. Tak czy inaczej ja czekam na żółto-pomarańczowo-czerwoną jesień palonych liści...

Dla mnie jesień, a potem zima to okres o tyle atrakcyjniejszy od wiosny i przede wszystkim lata, że mogę w nim bez skrempowania sięgać po zapachy ciężkie, cięższe i najcięższe :-), czyli te, które najbardziej lubię. Jest to dla mnie pewnie jakiś rodzaj terapii przeciw ochłodzeniu, wilgotności klimatu, wyraźnemu skróceniu długości dnia, a co za tym idzie, zmniejszeniu ekspozycji na świato słoneczne. Wtedy sięgam najchętniej po moje absolutnie ulubione kompozycje drzewne, drewniane, dymne, balsamiczne, orientalne czy kadzidlane. Wszystkie te, w których można się ogrzać, poczuć palone kominkowe drewno, ciepłe nuty przyprawowe, ambrowe, kadzidlane.

Po które z nich będę sięgał tej jesieni najczęściej - tego nie wiem, ale na liście są bez wątpienia (bez gradacji):

  • dym, papirus, pieprz i skóra w mistrzowskim GUCCI POUR HOMME Michaela Almairaca,
  • drewno agarowe i wetiwer w genialnym M7 Yves Saint Laurent Jacquesa Cavalliera/ Alberto Morillasa,
  • biały dym i szafran w Comme Des Garcons 2 Man Marka Buxtona,
  • drzewne kadzidło w ROCK CRYSTAL, dym z ogniska w BLACK TOURMALINE oraz zielona herbata, anyż, mięta, nieśmiertelnik i przyprawy w fascynującym JADE mistyka Oliviera Durbano,
  • ogrzewająca mieszanina irysa, ambry i wanilii w DIOR HOMME INTENSE Oliviera Polge'a,
  • otulający mix imbiru, kwiatów, pimento i innych przypraw w GUCCI ENVY Jeana Guicharda,
  • smakowity czekoladowo-karmelowo-waniliowy koktail Thierry Mugler A*MEN Jacquesa Hucliera.

Poza tym jeszcze kilka w odwodzie. W odstawkę natomiast idą wszelkie cytrusy, zapachy wodne i inne świeżaki, których zresztą po ostatnim "przemeblowaniu" kolekcji mam coraz mniej. Muszą poczekać na przyszłoroczne, miejmy nadzieję piękne polskie lato...

Póki co  mamy jednak JESIEŃ...

09:57, fqjcior
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 października 2009

Chciałem napisać, że drewno gwajakowe to cenny i przez to pewnie dość rzadki w perfumeryjnych recepturach składnik. Jednak, gdy poszperałem trochę więcej na fachowych portalach i serwisach, okazało się, że zdążył on już zasilić całkiem pokaźną liczbę kompozycji zarówno designerskich jak i niszowych. Gwajakowiec - jeśli już obecny w perfumach, bywa zwykle umieszczany w niewielkiej ilości w bazie perfum (np. YSL Rive Gauche Pour Homme, Victior & Rolf Antidote, Azzaro Visit For Men, Kezno Jungle Homme, Armani Code PH by wymienić kilka bardziej znanych). Czasem otwiera kompozycję, jak w przypadku Miel De Bois Serge'a Lutensa. Rzadko jednak jest tematem przewodnim perfum, jak to stało się w przypadku niskobudżetowego Tesori d'Oriente LEGNO DI GUAJACO i niszowego GAIAC M. Micallef.

Zanim jednak moje wrażenia z obcowania z tymi perfumami, kilka zdań o samym drewnie gwajakowym i drzewie, z którego pochodzi, czyli gwajakowcu. Drzewo to pochodzi z Ameryki Południowej. Za Wikipedią:

"W medycynie gwajakowiec znajduje wszechstronne zastosowanie, dlatego też zwany jest już od czasów starożytnych lignum vitae, czyli drzewem życia. Np. gumę z drewna gwajakowca używano w leczeniu syfilisu. Żywica ma również działanie przeciwartretyczne i przeciwkaszlowe. W Polsce wszystkim dobrze znany jest specyficzny smak syropu Guajazyl. Podobny ma wino Campari.(...)

Drewno gwajakowca jest jednym z najtwardszych i najbardziej odpornych gatunków. Jego gęstość to 1,28 do 1,37 g/cm³ - tonie w wodzie. Używa się go do specjalnych celów, np. do wytwarzania ciężkich kul, a także baili - elementów bramki do gry w krykieta. Z powodu swoich własności drewno gwajakowe było również używane jako materiał łożyskowy w połączeniach mechanicznych (np. mechanicznych maszynach do szycia) lub okrętowych łożyskach wału napędowego śruby."

Trzeba przyznać, że gwajakowiec to niezwykłe drzewo, którego właściwości są - jak widać - od dawien dawna szeroko wykorzystywane przez ludzi. Od niedawna zaś (bo od lat 90-tych ubiegłego wieku) gwajakowiec znalazł swe zastosowanie także w sztuce perfumeryjnej.  Gwajakowy destylat otrzymuje się poprzez destylację parową. Olfaktorycznie nuta gwajaku ma charakter drewniany, balsamiczny i lekko dymny. Znana jest ze swych wzmacniających i utrwalających właściwości wobec innych perfumeryjnych składników: drewna sandałowego i wanilii, którym dodatkowo nadaje naturalnego charakteru.

No a jak to pachnie?

Tesori d'Oriente LEGNO DI GUAJACO - syntetyczna symulacja gwajakowca

Dotąd nie mam pojęcia, kto stoi za serią kosmetyków pod nazwą Tesori d'Oriente i w ogóle co to takiego. Ze 2 lata temu zaintrygowany ich wodami toaletowymi i zwiedziony niskimi cenami zamówiłem m.in. wodę LEGNO DI GUAJACO na próbę.  

Zapach pozytywnie zaskoczył mnie nieznanymi mi dotąd nutami oraz przyzwoitą trwałością. Jednak oprócz kilkunastu użyć domowych, nigdy nie odważyłem się go nosić szerzej. Choć w sumie nie jest to zły zapach, to jednak razi troszkę syntetycznością i dziwną, trudną do zidentyfikowania nutą, szczególnie przez pierwsze powiedzmy 20-30 minut. Na pewno warto poczekać na akord bazy, który jest najlepszym momentem "Guajaco" i to chyba podwyższa moją ogólną ocenę tych perfum. W końcu akord bazy to ten zasadniczy, który najdłużej trwa i dobrze to świadczy o całości, gdy jest on dobrze skomponowany. A tu akord ten mocno przypomina dominujące nuty Armani (Black) Code PH (!). Reasumując Legno Di Guajaco wart jest choć pobieżengo poznania. W końcu to perfumy nt. drewna gwajakowego... No i pachną nienajgorzej. Szczególnie za tą cenę. A jeśli ktoś woli więcej i lepiej na podobny temat, to (Black) Code Armaniego będzie rozwiązaniem.

M. Micallef Les Exclusifs GAIAC - szlachetna drewniania woń zamknięta w przepięknym flakonie

Geoffrey Newman jako - było nie było - twórca kompozycji niszowych, do tego lubujący się w aromatach drzewnych i drewnianych, zrobił z drewna gwajakowego temat swej kompozycji. Efekt jego starań to bardzo przystępna, dająca się lubić od pierwszego kontaktu, słodkawa, nieco miodowa, balsamiczno-drzewna kompozycja. Choć nie dedykowana żadnej płci, ma moim zdaniem raczej męski charakter.  GAIAC jest subtelny, trzyma się blisko skóry, ma zadowalającą trwałość (spokojnie 8 godzin). Nosi się go nadzwyczaj komfortowo. Składniki dobrane są w bardzo harmonijny sposób. Rozwój zapachu jest raczej ograniczony, nie ma rewolucji, jest bardzo powolna ewolucja. Gdy GAIAC już osiądzie na skórze, zaczyna promieniować lekko przyprawowym aromatem (wyraźny goździk).  Zaś po kilku godzinach od aplikacji, gdy wydaje się, że za chwilę GAIAC przestanie istnieć, zaczyna on emitować delikatną, niezwykle uroczą, jakby kwiatową aurę.  Z opisu nut wynika, że kwiaty są tu raczej w fazie serca, ale ja je czuję w bazie... A może po prostu GAIAC rozwija sie tak powoli, że dopiero po kilku godzinach wyczuwalny jest w pełni kwiatowy akord serca?  Cóż, nie jest to w tym momencie istotne. GAIAC to - jak na niszę - rzecz bardzo przyjemna dla nosa. Niekontrowersyjna. Noszony czy to przez pana, czy przez panią, nie powinien zmęczyć ani nosiciela, ani otoczenia. Przeciwnie - ma wszelkie cechy potrzebne, by zachwycić i jednych i drugich. I to nie tylko zapachowych maniaków. No i w zestawieniu z Legno Di Guajaco powala głębią , naturalnością i szlachetnością. Ale tego chyba należy się spodziewać po - było nie było - substancji 20 krotnie (!!!) droższej... 

 

Wato wspomnieć na koniec, że perfumy marki M. Micallef to nie tylko zapachy komponowane przez Newmana. To także niezwykłe flakony - dzieła sztuki autorstwa jego żony Martine Micallef.  Przyznam, że w przypadku GAIAC zapach i flakon tworzą idealną, harmonijną całość. Naprawdę piękne...

Nuty głowy: bergamotka (świeża)
Nuty serca: jaśmin, goździk (aromatyczna, kwiatowa)
Nuty bazy: drewno gwajakowe, wanilia (drzewna)

19:19, fqjcior
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 października 2009

W swej chronologicznie drugiej kompozycji pod tytułem AMETHYST Olivier Durbano mocno zmienił kierunek poszukiwań znany z debiutanckiego ROCK CRYSTAL i odszedł od kadzidlano-dymnych nut na rzecz świeżych, ulotnych nut owocowych i kwiatowych. To zdecydowanie najlżejsza, najbardziej zwiewna kompozycja z kamiennej czwórki, jaką dotąd poznałem. Również chyba najmniej męska (choć rzecz jasna facet może ją z powodzeniem nosić!) i najbardziej letnia, w sensie pory roku, aury najbardziej odpowiedniej do noszenia. To mocno inny Durbano, szczególnie mając na uwadze charakter jego pozostałych kompozycji, jednak niemniej fascynujący. W ametystowym otwarciu dominują świeże, lekkie nuty owocowe. Czujemy miksturę cytrusów (bergamotka), malin (ale nie ulepkowatych) i słodkich czerwonych winogoron, niezwykle delikatnie obsypanych pieprzem. Początek przykuwa uwagę, jak zawsze w przypadku arcydzieł Durbano. W miarę upływu czasu z pomiędzy owocowych nut wyłania się (a jednak!) niezwykle subtelne (!) durbanowskie kadzidło wplecione w drewniane nutki palisandru. Ten kadzidlano-palisandrowy konglomerat nie jest jednak obecny bez przerwy, a raczej pojawia się i znika co pewien czas, "wymieniając się pozycjami" z kwiatową częścią akordu serca (jaśmin plus irys, jak domniemam, choć typowego odurzającego jaśminu tu nie czuję). Ta swoista gra akordów nie trwa jednak długo, a kompozycja dość szybko zmierza w kierunku bardzo, ale to bardzo delikatnej piżmowo-waniliowej bazy.

 A teraz uwaga:

Interpretacja: Ametyst - kamień wstrzemięźliwości - wg Wikipedii: :"Nazwa pochodzi z greckiego i oznacza "trzeźwy" (a – nie, méthystos – pijany), bo według greckich wierzeń, picie wina z czar ametystowych zabezpieczało pijącego przed upiciem się" albo nawet więcej - pijaństwem. Czyżby tym razem Durabano "puszczał do nas oko" i w zamierzony sposób umieścił w swej kompozycji nutę winogrona (grape) - podstawowego przecież surowca winiarskiego - by w sposób historyczno-magiczny połączyć zapach z ametystem - kamieniem, który wg antycznych wierzeń zabezpieczał m.in. przed upijaniem się winem i nieporządanymi skutkami picia go w nadmiernych ilościach? Niedorzeczne? Przypadkowe? Nie wierzę. Idąc dalej - czyż delikatny i ultrasubtelny charakter AMETHYST nie licuje z inną cechą przypisywaną temu kryształowi -wstrzemięźliwością?   

Durbano funduje mi swymi "Parfums De Pierres  Poemes" wspaniałą olfaktoryczno-intelektualną zabawę. Kolejny raz zachwyca mnie. Tym razem nawet bardziej tymi skrytymi znaczeniami i powiązaniami, niż samym zapachem, choć nie potrafię odmówić AMETHYST uroku i oryginalności.  Jest w sumie piękny, aczkolwiek nie narobił w mej głowie takiego rumoru jak BLACK TOURMALINE czy JADE i nie zachwyca mnie aż tak jak ROCK CRYSTAL. Jeżeli jednak ktoś ceni zapachy niebanalne, ale jednocześnie delikatne i nienarzucające się, z tendencją do szybkiego zmieniania się w ledwo wyczuwalną acz intrugującą mgiełkę, AMETHYST jest dla niego. Choć ja jestem zdania, że mimo wszystko jest bardziej dla niej...

  • Nuty głowy: bergamotka, pieprz, winogrono, malina,
  • Nuty serca: kadzidło, drewno palisandrowe, jaśmin, irys,
  • Nuty bazy: ambra roślinna, drewno sandałowe, piżmo, wanilia

21:38, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3