Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
niedziela, 27 września 2009

Rynek perfum massmarketowych tym się między innymi różni od niszy, że jak się dana kompozycja nie sprzedaje na założonym poziomie, wycofuje się ją z oferty. W ten sposób "poległo" wiele wybitnych kompozycji, które po prostu nie trafiły na swój czas albo zwyczajnie nie miały "popowego" charakteru. Takim przypadkiem z pewnością był zapomniany już nieco (ale nie przez maniaków) RELAX DAVIDOFF z 1990 roku. Dawno wycofany z perfumeryjnych półek RELAX to prawdziwie męskie perfumy, tkwiące jeszcze w klimacie lat 80-tych, kiedy to "męskie" rzeczywiście znaczyło "męskie". RELAX miał mocną i sugestywną kampanię reklamową. "Zrelaksuj umysł, rozkoszuj się ciałem". Hmm.. Z jednej strony ewidentny podtekst seksualny z drugiej jednak - patrząc na parę z odważnego zdjęcia - subtelne wpisywanie się w popularyzujący się nurt fitness. No tak, ale jaki jest sam zapach? Czy ma jakiś związek z klimatem reklamy? Moim zdaniem niewielki. Widząc taki poster, oczekiwałbym sportowego świeżaka. Czegoś o charakterze CHANEL ALLURE SPORT albo którejś z propozycji Calvina Kleina. No i srodze bym się pomylił. RELAX to raczej orientalna albo lepiej - ziołowa - kompozycja. Na pewno zmysłowa i seksualna, co uchwycono na reklamowym zdjęciu całkiem przekonująco. Czuć w nim woń słodkich ziół, doprawionych miętą i anyżem. No i ten zielony kolor flakonu (pod względem kształtu utrzymanego zresztą w konwencji wcześniejszych perfum DAVIDOFFa). Wszystko to prowadzi do skojarzenia z  absyntem, "zieloną wróżką" - niezwykłym wysokoprocentowym trunkiem paryskiej bohemy artystycznej przełomu XIX i XX wieku, któremu przypisywano właściwości psychoaktywne. W skrócie absynt to alkohol ziołowo-anyżowy z dodatkiem piołunu. Można go całkiem legalnie nabyć u naszych południowych sąsiadów, przy czym zaręczam, że jego halucynogenne właściwości to mit. RELAX pachnie absyntem.  Nie znam innych perfum o takim zapachu. Po ostrym miętowo-ziołowym otwarciu pojawia się wyraźne anyżowe serce, które po ok. godzinie ustępuje mniejsca bazowej ambrze, wanilii i benzoinie. Zestaw składników gwarantuje, że akord bazy jest równie niecodzienny jak akordy głowy i serca. RELAX to perfumy z charakterem. Moim zdaniem nadają się raczej na porę wieczorową lub tę chłodniejszą (a nawet mroźniejszą) część roku. Ich intensywność oceniłbym jako wyważoną, a trwałość poprawną, czyli 6-8 godzin. 

 

Niestety dziś RELAX jest rzadkością, białym krukiem i przedmiotem porządania perfumomaniaków i tych, którzy darzą go sentymentem.  Na allegro można go nabyć jedynie w formie 5 ml miniaturki, która z reguły pochodzi zza naszej zachodniej granicy. Ciekawostką jest jednak fakt, że RELAX jest od pewnego czasu znów dostępny (!) w niemieckim Douglasie. Czyżby DAVIDOFF go reaktywował? Mało prawdopodobne, choć kto wie. A może po prostu rzucili jakieś stare zapasy. Kto więc chętny, niech się śpieszy, bo za jakiś czas Zielona Wróżka pozostanie tylko pięknym wspomnieniem.

Nuty głowy: mięta, lawneda, estragon, bergamotka, cytryna

Nuty serca: liść laurowy, paczula, jaśmin, wetiwer, heliotrop, anyż, cedr, geranium

Nuty bazy:  skóra, bób tonka, ambra, benzoina, mech dębowy, wanilia

18:36, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 września 2009

Jeden z najwybitniejszych współczesnych "nosów", obecnie nadworny perfumiarz francuskiego Hermesa, Jean-Claude Ellena nie przestaje podejmować nowych wyzwań. Artystyczna dyrekcja legendarnego paryskiego producenta skórzanej konfekcji zdaje się pozwalać Ellenie na nieskrempowane poszukiwania. Bo Ellena to poszukiwacz nowej olfaktorycznej jakości. Dopracował się przy tym niepowtarzalnego i rozpoznawalnego stylu, który charakteryzuje się głównie dwoma cechami: minimalizmem i transparentnością. Twórca dąży, w swych kolejnych kompozycjach, do stworzenia oryginalnych receptur z minimalną liczbą składników, osiągając doprawdy zadziwiające efekty. Jego męskie Terre D'Hermes czy seria ogródkowa (Un Jardin) to nowa jakość w perfumiarstwie. Kompozycje zadzwiają prostotą, "przezroczystością", świeżością i aurą naturalności, a jednocześnie nie przypominają nic, co dotąd zaproponowano w sztuce perfumeryjnej.

Jednym z jego najnowszych dzieł jest Eau de Gentiane Blanche, stanowiącym obok Eau de Pamplemousse Rose efekt zamysłu Elleny, by rozmnożyć Hermesowską rodzinę wód kolońskich zapoczątkowaną wiele lat temu przez klasyczne już Eau D'Orange Verte.Goryczka (łac. Gentiana)W przeciwieństwie do opartej na grejpfrucie Eau de Pamplemousse Rose czy typowo cytrusowej Eau D'Orange, Gentiane jako jedyna z nich jest wynikiem próby stworzenia wody kolońskiej pozbawionej nut cytrusowych. Jest to krok o tyle rewolucyjny, że cytrusowość była dotąd integralną cechą każdej właściwie wody kolońskiej. Kompozycja Gentiane osnuta jest wokół tytułowej Gentiany (łac.) czyli po polsku goryczki. Rzeczywiście pierwsze wrażenie jest co najmniej nietypowe: owszem jest świeżo, owszem czujemy, że to coś w stylu kolońskiej, ale coś tu nie gra. Jest kwaśnawo, mineralnie i jest nuta, za którą z pewnością odpowiada tytułowa goryczka. Wraz z upływem czasu zapach traci na "kwaśności", staje się bardziej stonowany, ale goryczkowy główny bohater cały czas czai się nieopodal. Eau de Gentiane Blanche jest kompozycją raczej linearną, z bardzo ograniczonym "rozwojem". Po kilku godzinach pachnie niemal jak na początku, z tym, że nie tak intensywnie, co jest zupełnie naturalne. Generalnie intensywność zapachu jest nieco powyżej typowego poziomu kolońskiej. Trwałość bardzo przyzwoita, bo około 8 godzin. 

 Gentiane jest jak dla mnie jednym z bardziej wymagających dzieł Elleny, nie tak "przyjemnym" w ogólnym tego słowa rozumieniu jak choćby ogródki, Terre czy wcześniejsze Declaration. To propozycja od poszukiwacza dla poszukujących. Dla mnie raczej ciekawostka, ale być może dla kogoś, kto szuka nowego spojrzenia na kolońską, Gentiane okaże się strzałem w dziesiątkę.  

Nuty: białe piżmo, gentiana (goryczka), irys, kadzidło

15:38, fqjcior
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 21 września 2009

Zaprosiłem Kardynała do siebie, by bliżej go poznać. Zawsze mnie intrygował, ale prócz jednego przelotnego spotkania, nie miałem okazji poznać go bliżej. Pod nieco dłuższym poznaniu Kardynał okazał się być nie tyle typem księdza głęboko uduchowionego, mistycznego i przesiąkniętego kadzidlanym dymem, ile tradycyjnym, katolickim, zdystansowanym i wyrachowanym rezydentem katedry w Awinion.  Pachnącym obrzydliwie zakonnikiem o rozdętym ego, którego obecność przyprawia mnie o mdłości. Nie wytrzymuję zbyt długo w jego towarzystwie. Zbyt silnie odczuwam w nim woń nastarszej hierarchicznej instytucji świata. Bliżej mi do duszpasterzy z powołania, niż do wysokiej rangi urzędników kościelnych. A ich zwierzchnikiem zdaje się być Kardynał...

Zapachowo CARDINAL - przynajmniej w pierwszych minutach po aplikacji - to bardzo, ale to BARDZO bliski krewny AVIGNON Comme des Garcons. To ten sam typ kadzidła słodko-mdlącego. Nie ma tu dymu, jaki lubię. Test porównawczy wykazuje, że po opadnięciu pierwszej aldeyhydowej "chmury" Kardynał ma słodszą i mniej "niedostępną" naturę, niż dzieło Duchafoura, które na skórze okazuje się nieoczekiwanie bardziej suche i szybujące zdecydowanie bliżej katedralnego sklepienia. CARDINAL jest bliżej ziemi, nie jest tak uduchowiony. Przyznam jednak, że po pierwszych testach  bezpośrednio z atomizera CARDINAL zemdlił mnie. Nie pamiętam już, kiedy jakiś zapach tak źle na mnie wpłynął. Dosłownie obawiałem się do niego wracać. Teraz sądzę, że to pewnie zasługa aldehydów, które na samym początku dosłownie powalają . Potem zapach mości się na skórze i obok wciąż obecnych nut labdanum i olibanum pojawiają się słodkie akcenty ambry oraz ciepła paczula. Nie zmieniają one jednak na tyle całości, bym w którykolwiek momencie czuł się przekonany do dzieła Heeleya. Zarówno jego CARDINAL jak i pokrewne AVIGNON to zdecydowanie nie moja "para kaloszy".

nuty głowy: czerwony i czarny pieprz, aldehydy

nuty serca: labdanum (czystek), kadzidło frankońskie

nuty bazy: wetiwer, szara ambra, paczula

19:40, fqjcior
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 września 2009

Niemiecki kreator Thorsten Biehl patronuje powstawaniu zapachowej galerii Biehl Parfumkunstwerke firmowanej własnym nazwiskiem. Koncept troszkę przypomina to, co robi Frederic Malle z jego Editions De Parfums. Biehl zaprasza do współpracy wybitnych perfumiarzy i daje im wolną rękę podczas kreowania. Mają do dyspozycji wszystko, czego potrzebuje współczesny twórca perfum, także nieograniczoną swobodę artystyczną. Arturetto Landi, Egon Oelkers, Geza Schoen, Henning Biehl (ojciec Thorstena), Mark Buxton, Patricia Choux. Oto artyści, którzy pracują nad kolejnymi zapachowymi propozycjami Biehl Parfumkunstwerke. Nie są to jak widać twórcy z głównego pop-nurtu, a raczej branżowi outsiderzy. Przewodnie hasło kolekcji: "Sztuka perfumeryjna, a nie zapach dla mas". Odważne, a nawet snobistyczne. Ale takie jest założenie Biehla.  Nazwy poszczególnych zapachów tworzone są wg skrajnie uproszczonego kodu: inicjały twórcy (małymi literami bez kropek - czyli nowocześnie, jak przystało na czasy SMSów, emaili i ogólnej ignorancji zasad językowych) oraz dwucyfrowy kolejny numer w portfolio danego twórcy. I tak mamy choćby mb01 (czyli Marc Buxton numer pierwszy) czy gz02 (Geza Schoen i jego druga kompozycja w kolekcji). Wszystko to ma tworzyć - i tworzy - otoczkę absolutnej wyjątkowości, artyzmu i niedostępności. Wrażenie nowoczesnej ekskluzywności potęgowane jest przez niezwykle proste i eleganckie prostopadłościenne flakony wykonane z białego szkła (identyczne dla wszystkich kompozycji - w końcu to jedna kolekcja), na których widnieje logo oraz nazwa kolekcji. Symbole identyfikujące dany zapach naniesione są małymi literkami na dole flakonu i przypominają numery seryjne (no bo w zasadzie nimi właśnie są). Całości dopełnia "męska" srebrna zatyczka, ktora niestety ma tendencję do łatwego zsuwania się, więc lepiej nie chytać flakonu "za nią". Ale to w sumie drobiazg.

Przyznam, że bardzo ciekaw jestem tej kolekcji, z której jak dotąd miałem okazję poznać tylko jedną pozycję: eo02 - Egon Oelkers 02.

Kompozycja opisywana jest jako wysokiej klasy stylowa, wyrafinowana kolońska. Hmmm... 

Zaczyna się oryginalnie: lekkie cytrusy, których kwaśność stępiono galbanum i przyprawami. Początek jest oryginalny, ale dość zachowawczy. Po kilku minutach na skórze wyłania się serce zapachu. Słodkawe i balsamiczne, ale zupełnie nie mdlące. Przyjemne. Komfortowe. Warto tu wspomnieć o zastosowaniu olejku z Davany (Artemisia Pallens), znanego ze swych właściwości aromaterapeutycznych (uspokaja, balansuje, relaksuje). Poza tym olejek ten na każdym pachnie inaczej, stąd jego zastosowanie w wysokiej klasy perfumach, które mają pozwolić każdemu "nosicielowi" wydobyć z nich indywidualne nuty.

eo02 jest dziełem monolitycznym o bardzo ograniczonej ewolucji. Nie zaskakuje i utrzymuje swój balsamiczno-drzewny charakter do końca. Jest zrównoważonyjak elegancki i kulturalny gentleman, przewidywalny do bólu, a jednak ujmujący swą wyrafinowaną powierzchownością. eo02 to bez wątpienia jedna z najbardziej wyważonych, eleganckich i stylowych kompozycji, jakie dane mi było wąchać. Ma niezwykle "nieofensywny" charakter - trzyma się raczej blisko skóry, a jeśli co pewien czas odezwie się mocniej (a ma to w zwyczaju), to na pewno zaintryguje otoczenie, nikogo zaś nie przyprawi raczej o negatywne reakcje. eo02 to "duża klasa" i to się czuje. Coś mi jednak przypomina.... Tak - sławetne NEMO Cacharela. Tylko, że bardziej wyrafinowane i o mniej syntetycznym charakterze.

Nuty głowy: niezwykle swieża mieszanka cytrusowości, zieleni i przypraw (bergamotka, grejfrut, galbanum, kardamon, cilantro - zioło pokrewne pietruszce)

Nuty serca: słodkie-balsamiczne i cierpkie nuty męskie (tymianek, davana, jodła, róża, jaśmin, goździk)

Nuty bazy: doskonały kontrast - elegancki akord drzewny (drewno cedrowe z Atlasu, paczula, drewno sandałowe, kadzidło, wanilia, cynamon, ambra, piżmo)

17:36, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 września 2009

EAU D'ITALIE to cykl kompozycji autorstwa Bertranda Duchaufoura (pracującego obecnie m.in. dla L'ARTISANA)  poświęconych wybranym regionom Italii, a stworzonych specjalnie dla hotelu LE SIRENUSE znajdującego się w mieście POSITANO na południe od NEAPOLU.

Na ten moment cykl tworzą:

EAU D'ITALIE - jako tytułowa kompozycja cyklu - mająca być olfaktoryczną metaforą hotelu LE SIRENUSE , dalej mamy inspirowane Wenecją BAUME DU DOGE, rzymska MAGNOLIA ROMANA, PAESTUM ROSE - z inspiracji antycznym Pesto w mieście Capaccio, SIENNE L'HIVER - czyli Siena w zimie oraz BOIS D'OMBRIE (BO) - czyli lasy Umbrii. W tego ostatniego się dziś wwąchamy.

Na oficjalnej stronie Eau D'Italie znajdziemy krótki opis BO: zapach głeboko drzewny, z aromatami koniaku, skóry, korzenia irysa i wetiweru. W innym miejscu znajdujemy notkę, że jest to woń umbryjskiego lasu w deszczowy dzień.

Umbria to region znany we Włoszech ze swego gęstego zalesienia. Nazywana jest "zielonym sercem Italii". Jako jeden z niewielu regionów Włoch, nie ma dostępu do żadnego morza. Nie wyczujemy tu więc nut morskich, ozonowych, lekkich i zwiewnych. Co to to nie. Ale czy czujemy tu nuty drzewne?? Być może, jednak... Ja mam z tym zapachem jeden "kłopot". Dla mnie dzieło Duchaufoura ma nieodparcie kulinarny charakter. Ja czuję to aromaty przypraw, papryki, pomidorów. Coś jak aromat serka fromage o smaku paprykowo-pomidorowym(!) (zastanawia mnie ta dzika marchew w opisie nut, jaki znalazłem w serwisie Fragrantica.com...). Autentycznie takie mam skojarzenia i nie mogę się ich wyzbyć. Ta kulinarna nuta jest przewodnią i czuję ją niemal przez cały czas życia zapachu na skórze. Nie przeszkadza mi to jednak, aczkolwiek "zagłusza" rzekomy drzewny charakter zapachu. Nie miałem póki co okazji zażyć leśnego powietrza Umbrii, więc trudno mi się odnieść do źródła inspiracji. Chyba, że autor tak zapamiętał Umbrię - przez pryzmat tamtejszej kuchni! W jego DZONKGHA czy TIMBUKTU też wyczuwam aromaty kuchenno-przyprawowe bardziej niż jakiekolwiek inne...A obie kompozycje stworzone dla L'Artisana miały być przecież w założeniu inspirowane podróżami Bertranda po świecie. Nie wykluczone, że ten wybitny artysta w ten specyficzny, smakowo-zapachowy sposób zapamiętuje miejsca, które odwiedził, a następnie przenosi swe wspomnienia w tworzony zapach. Nie byłoby w tym zresztą nic dziwnego. Oba zmysły: smaku i węchu sa przecież ze sobą nierozerwalnie związane. Czasem coś pachnie przecież tak intensywnie, że możemy poczuć tego smak. I na odwrót - degustując np. wyborne czerwone wino gronowe poczujemy je nie tylko na kubkach smakowych, bowiem jego bukiet podrażni nam rozkosznie nozdrza.

Tak czy inaczej po ok. 4 godzinach od aplikacji aromat ostrej papryczki na dobre zasadza się w mym nosie i jest tak sugestywny, że chwilami mam wrażenie, jakbym dopiero co zjadł jakąś dobrze przyprawioną potrawę z dodatkiem świeżej, ostrej papryki. Wręcz czuję lekkie pieczenie w gardle! Coś mi się zdaję, że należy uważać z dozowaniem BO, bowiem na początku jest znacznie bardziej subtelny, a swe prawdziwe paprykowe oblicze pokazuje dopiero po kilku godzinach. Przy okazji dodam, że trwałość jest bardzo dobra (8-10 godzin).

Analizując BOIS D'OMBRIE dodać wypada, że poza ewidentnie dominującym akordem warzywno-przyprawowym (z naciskiem na ostrą paprykę, ale nie suszoną, tylko świeżo rozciętą), gdzieś w tle majaczą nutki alkoholowe - brandy, whisky. Skojarzeń smakowych więc ciąg dlaszy. Całość jest naprawdę oryginalna, wyjątkowa i warta przetestowania. Choć rzecz jasna nie każdy chce pachnieć, jakby wyszedł z kuchni, w której akurat przygotowuje się Chili con carne!

Nuty: whisky, koniak, koreański tatarak, dzika marchew, żywica copahu, opoponaks, paczula, mirra, kłącze irysa, wetiwer, egzotyczne drewno, tytoń, skóra


14:06, fqjcior
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2