Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Serge Lutens poczuł się zmęczony. Czym? Jak to czym? Perfumami, m.in. zapachami, których sam jest autorem, a także wyperfumowanym otoczeniem. Znany dotąd z barokowo przebogatych, często orientalnych,  nierzadko ciężkich i gęstych, pełnych ornamentów kompozycji Serge postanowił zmienić - pewnie na jakiś czas - kierunek swych olfaktorycznych poszukiwań, w których - najprawdopodobniej - wciąż towarzyszy mu Christopher Sheldrake (aczkolwiek pozostaje to jak dla mnie wciąż niewyjaśnioną do końca kwestią). Efekt ich ostatnich zmagań z molekularną materią pachnącą sam autor określa jako "antyperfumy". Wokół L'EAU SERGE LUTENS tworzona jest marketingowa otoczka, która ma nam wmówić, że te L'EAU to nie perfumy. Czymże więc jest L'EAU SREGE LUTENS? Co zawiera ten tajemniczy eliksir i wreszcie - jak on pachnie?

"Kwestią kluczową jest to, czego nie dodałem do tej kompozycji", objaśnia autor. Zacznijmy więc od tego, czego w tym zapachu nie ma. Ano nie ma przypraw, nie ma drzew, suszonych owoców, brak też piżm czy kadzideł, które to wszystkie dotąd stanowiły podstawowe ingrediencje dzieł tego ekscentrycznego artysty. Dodam tu, że imponuje mi jego zdystansowane podejście do własnej zapachowej twórczości. W przeszłości dziennikarz, później rozchwytywany i ceniony wizażysta, potem z kolei fotograf, dziś - mieszkając w Marakeszu - tworzy perfumy pełne pasji, piękna i tajemnicy.Twierdzi jednak, że jeśli jakaś inna dziedzina sztuki zainteresowałaby go w dostatecznym stopniu, byłby gotów porzucić perfumiarską pasję i zająć się czym innym. Lutens to artysta poszukujący, także w dziedzinie perfumerii. L'EAU to wyraźny efekt poszukiwań czegoś "innego", na swój sposób "nowego". Właśnie. L'EAU to inny Lutens. Lekki, ale nie ulotny. Świeży, ale nie "swieżakowaty". Delikatny, ale wyczuwalny. Trwały do tego. Ogólnie - moim zdaniem bardzo interesujący i udany.Jak "nie pachnie" woda Lutensa?" Nie pachnie jak tradycyjnie pojmowane perfumy (dajmy na to wodne, kwiatowe, orientalne, drzewne, fougere czy szyprowe). Gdy już odparują pierwsze mocniejsze, leciutko cytrusowo-kwiatowe nuty (na tym etapie to jeszcze tradycyjne perfumy)  L' EAU zaczyna pachnieć jak wyprana, prasowana biała koszula. Czuć zapach rozgrzanej lnianej czy bawełnianej tkaniny, czuć woń pary wydobywającej się z żelazka. Dobiega mych nozdrzy nawet subtelny charakterystyczny zapach rozgrzanego metalu. Fachowcy od molekuł twierdzą, że to efekt zastosowania w zapachu konkretnych aldehydów, które mają specyficzny, metaliczny zapach. W każdym razie efekt jest dość sugestywny. W miarę rozwoju L'EAU na skórze zaczyna on do złudzenia przypominać tę niesamowitą woń wypranej i wysuszonej na słońcu i wietrze pościeli. Cała kompozycja więc jest czysta, nieskazitelnie biała. W jej schyłkowym okresie na skórze dominują wyraźne piżma, lekko słodkawe, ciepłe i.....nieco kobiece. Jak widać L'EAU - pomimo swej pozornej prostoty - zalicza jednak kilka zwrotów akcji. Czuć rękę i nos Mistrza oraz wysoką jakość zarówno składników, jak i samej kompozycji. Mimo że nie wystawny i obfity, to wciąż jednak Serge Lutens, bezkompromisowo dobierający składniki i ich proporcje w imię zrealizowania swej olfaktorycznej wizji.

Serge nie dzieli swych kompozycji na męskie i damskie. Tak jest i w tym przypadku. Choć tu i ówdzie L'EAU przechyla się moim zdaniem nieco na kobiecą stronę, to jednak ogólnie zapach ten jest uniwersalny. Jeżeli facet użyje L'EAU, to sądzę, że może zostać odebrany przez otoczenie jako osoba, która nie pachnie perfumami, tylko założyła świeżutko wyprasowaną "pachnącą praniem" koszulę. O to zdaje się Lutensowi chodziło. Stworzył "antyperfumy". Jakkolwiek nierealnie brzmi taka koncepcja - udało mu się i wcale mnie to nie zaskakuje. W końcu to niezwykle świadomy artysta, który do tego co mówi i robi podchodzi bardzo serio. Nie ma tu mowy o pustych sloganach. L'EAU naprawdę pachnie tak, jak tego chciał Serge. I jest to nowa jakość w jego portfolio, a może nawet i w ogóle w świecie perfum. Za symboliczne należy uznać umieszczenie pachnącej cieczy w nietypowym dla Lutensa pod względem kształtu flakonie, ozdobionym także nietypową etykietą z takimż nadrukiem. Trudno tu jednak mówić o jakiejś rewolucyjnej ucieczce od dotychczasowej estetyki opakowań jego perfum. Główna myśl została zachowana.

nuty: aldehydy, cytrusy, magnolia, biała mięta, szałwia, nuty ozonowe, piżmo

21:13, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010

VOYAGE D’HERMES to najnowsza zapachowa propozycja HERMESA. Jak pachnie HERMES 2010? „Świeży, drzewny i piżmowy. Zapach do współdzielenia”. Tak bardzo krótko reklamuje go producent. Krótki i zwięzły opis odpowiada specyfice tego pachnidła. Jest ono bowiem bardzo proste, lekkie, łatwe i przyjemne oraz - jak zwykle u Jean-Claude’a Elleny - bez wyraźnych konotacji płciowych. VOYAGE jest w ładny sposób komercyjne, ale... No właśnie.

 Wieść gminna niesie, że tym razem Ellena otrzymał od HERMESa temat, któremu miał poświęcić swoja najnowszą zapachową kompozycję. Była to „podróż”. No i ten stworzył zapach podróży. Co ma on jednak wspólnego z podróżą – to zapewne wie tylko sam autor. Ja mam wrażenie, że jest to podróż poprzez wcześniejsze dzieła francuskiego twórcy. Ze szczególnym uwzględnieniem tego stworzonego dla znanego producenta ekskluzywnych zegarków... Niestety i „stety” zarazem. Stety - bo odpowiada mi specyficzna estetyka tego perfumiarza i ogólnie cenię go za styl. Niestety - bo oczekiwałem jednak czegoś choć trochę nowego. Nie liczyłem na nowatorstwo. Co to to nie. Jednak w przypadku VOYAGE mam wrażenie, że wszystko już było. Nie będzie więc zachwytów ani wielkich słów tylko dlatego, że to Ellena. Nie znalazłem w VOYAGE nic nadzwyczajnego, jeżeli za „zwyczajność” przyjąć styl i poziom olfaktoryczny kompozycji Francuza. VOYAGE to po prostu uboższa wersja DECLARATION z finiszem zbliżonym do ogródka pomonsunowego, stworzona w minimalistycznej „Ellenowskiej” konwencji. Tak jakby wziął on na warsztat starą „deklaracyjną” recepturę i pousuwał z niej garść jego zdaniem zbędnych molekuł, a pozostawił tylko te, które nadają zapachowi główne przesłanie. Jednocześnie pozbawił zapach zawiłości, odcieni i ornamentów, przechodząc praktycznie od razu do kwintesencji. Kto wie, czy tak właśnie nie było w rzeczywistości... Ze sporą dozą rozczarowania muszę jednak przyznać, że poprzez VOYAGE D’HERMES artysta „odcina kupony” od swej sławy i dorobku, ukazując światu w zasadzie autoplagiat. Czy godzi się to twórcy tego kalibru? Czy po prostu dyrektor kreatywny HERMESa tak bardzo chciał powtórzyć sukces DECLARATION Cartiera, że wymusił to na twórcy? A może sam Ellena – mając rzekomo wolną rękę i 100% wolności twórczej – poszedł na łatwiznę? A może to kryzys twórczy, który nie oszczędza żadnego artysty? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem natomiast jedno - będę bacznie przyglądał się następnemu dziełu J.C. z nadzieją, że tym razem nie pójdzie na takie skróty. Obiektywnie bowiem VOYAGE jest owszem ładne (i bardzo ellenowskie), jednak równocześnie bardzo zachowawcze i przede wszystkim wtórne.

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że VOYAGE D’HERMES mogłaby równie dobrze nazywać się DECLARATION EAU D’ETE albo lepiej – biorąc pod uwagę kiepską trwałość – DECLARATION SUMMER COLOGNE. W związku z tym, że bardzo lubię DECLARATION i uważam, że jest idealnie mocna i bardzo trwała, jej słabszy klon nie znalazł u mnie uznania. To chyba najlepsze posumowanie tej recenzji.

P.S. VOYAGE D'HERMES jako połączenie konceptu, zapachu i flakonu - całość zaprezentowana tu http://www.voyagedhermes.com robi na mnie duże wrażenie. Oczywiste analogie do kampanii TERRE D'HERMES, szczególnie jeśli chodzi o promocyjne video, jak i flakon - nie tylko pojemnik na perfumy, ale przykład sztuki użytkowej. W przypadku VOYAGE ta koncepcja poszła chyba jeszcze dalej i flakon z obrotową metalową osłoną - podstawką jest chyba jeszcze bardziej wymyślny niż w przypadku TERRE. Niestety póki co nie miałem go jeszcze w dłoniach. Testy zapachu odbyły się na podstawie próbek.

nuty: cytrusy, nuty drzewne, piżmo

twórca: Jean-Claude Ellena

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: świeży uniseks, na ciepłe dni, lekki, łatwy i przyjemny z ellenowskim podpisem

moja ocena w skali 1-6

kompozycja: 4

trwałość: 3

flakon: 5 (na podstawie zdjęć i prezentacji)

21:21, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 kwietnia 2010

Pomimo trwającej już jakiś czas przygody z niszą i mimo przetestowania sporej liczby propozycji massmarketowych M7 YSL pozostaje wciąż w ścisłej czołówce mojego prywatnego rankingu męskich zapachów. Nie ma sobie równych i już. Dwa lata po premierze jeden z twórców - Jacques Cavallier - dostał prawdopodobnie zlecenie stworzenia wersji świeżej M7. Tak powstał M7 FRESH.  Miało być bardziej świeżo, lżej i delikatniej. Formuła była prosta. Otworzyć kompozycję cytrusami, nieco doprawić imbirem w sercu i rozjaśnić, uzielenić liściem gorzkiej pomarańczy, by na końcu reaktywować znaną agarowo-wetiwerową nutę bazową znana z wersji klasycznej. Nutę, bez której M7 nie byłby M7. Cavallier wywiązał się z tego zadania w mojej opinii co najmniej poprawnie, czym nie jestem zaskoczony, bo to mistrz nad mistrzami, choć może czasem zbytnio rozmienia się na drobne. M7 Fresh z początku orzeźwia, by po kilkudziesięciu minutach przypomnieć, że pomimo Jacques Cavallieriż fresh, to jednak wciąż M7. Choć "skojarzenia to przekleństwo", to jednak w świecie perfum niezwykle o nie łatwo. No właśnie. Akord głowy M7 Fresh uzmysłowił mi, że gdzieś coś bardzo podobnego już spotkałem. Mianowicie w - młodszym o kilka lat - Tom Ford For Men. Tam w podobny sposób spróbowano połączyć cytrusy - w tym mandarynkę - z imbirem, jednak efekt jest zdecydowanie mniej przekonujący. Niemniej jednak jest tu pewne podobieństwo w zakresie akordów głowy. Poza tym to oczywiście mocno różniące się kompozycje, choć mają podobną konstrukcję i obie zawierają oryginalny i dość rzadki składnik: w M7 to oczywiście żywica drzewa agarowego (oud), zaś w Tom Ford For Men jest to cypriol. Klasyczny M7 pozostaje dla mnie rzeczą wieczorową i raczej jesienno-zimową. M7 Fresh natomiast jest świetną alternatywą na okres wiosny i lata. Warto zwrócić na niego uwagę także wówczas, gdy klasyczny M7 jest dla kogoś za mocny, za intensywny. Bo faktycznie fresh jest zdecydowanie bardziej delikatny i - poza dość mocnym cytrusowym otwarciem - mości się raczej blisko skóry i pozostaje tam dobre 6 godzin, subtelnie dając o sobie znać od czasu do czasu. Nie wychodzi on na pierwszy plan. Jest jakby „wspomnieniem” swego wielkiego przodka zalanym cytrusowymi sokami. Akord bazy zbliżony do „oryginalnego”, jednak mniej w nim dymnego wetiweru, mniej głębi. Testując obie kompozycje ciśnie mi się na usta takie oto obrazowe porównanie. Jeżeli klasyczny M7 wyobrażę sobie jako mocną, ciemną, aromatyczną herbatę, to M7 FRESH jawi mi się jako "dolewka" - napar powstały poprzez drugie zaparzenie raz już użytego suszu herbacianego. W tym przypadku dolewka doprawiona jest do smaku plasterkiem cytryny ze skórką (koniecznie). O ile nie praktykuję dolewek herbacianych, o tyle w przypadku M7 ta formuła sprawdza się całkiem przyzwoicie.

Flakon wersji Fresh jest identyczny w kształcie jak w przypadku klasycznego M7. Różnica to zastosowanie jasnego, transparentnego szkła na przedniej i tylnej ściance. Boczki flakony wyróżniają się brunatnym zabarwieniem znanym z klasycznego M7. Identyczny jest też dość oryginalny sześcienny atomizer – niestety niezbyt wygodny. Masywna zatyczka wykonana z tworzywa sztucznego nawiązuje barwami do flakonu.

Nuty głowy: mandarynka, grejfrut, bergamotka,

Nuty serca: imbir, oud, liść gorzkiej pomarańczy

Nuty bazy: piżmo, wetiwer

twórca: Jacques Cavallier

rok wprowadzenia: 2004

moja klasyfikacja: świeży, na ciepłe dni, cytrus z klasycznym drzewnym finiszem M7, oryginalny i bardzo niebanalny, dla chcących się wyróżnić

moja ocena w skali 1-6

kompozycja: 4

trwałość: 3,5

flakon: 4

22:15, fqjcior
Link Komentarze (7) »
środa, 07 kwietnia 2010

Dla osób znających i ceniących oryginalny GREY FLANNEL wersja EAU z 1996 roku będzie sporym zaskoczeniem. Ostatni z zaledwie trzech zapachów męskich firmowanych nazwiskiem wybitnego amerykańskiego projektanta mody nie ma - prócz nazwy i kształtu flakonu - nic wspólnego z wybitnym protoplastą.... Po namyśle stwierdzam, że jest jednak pewna cecha, która łączy obie (a nawet wszystkie trzy) kompozycje. Wszystkie są świetnymi reprezentantami swoich czasów. Mistrzowski GREY FLANNEL (1976) ze swą fiołkowo-mchowo-pudrową naturą wpisuje się w mocno naturalną, artystyczną nawet, nieskrępowaną targetami sprzedażowymi estetykę lat 70-tych. Nieco mniej udany, ale bardzo dobry fougere BOWLING GREEN (1986) dobrze reprezentuje to, co działo się w perfumach w dziewiątej dekadzie XX w. (wiele łączy go z kultowym DRAKKAR NOIR), gdzie nie szczędzono składników, a perfumy męskie stały się naprawdę męskie, mocne, a czasem nawet powalająco mocne. EAU DE GREY FLANNEL (1996) natomiast bardzo sugestywnie oddaje świeżakową, rozwodnioną i ozonową modę panującą w perfumach lat 90-tych. Tyle tylko, że ma on jednak nieco więcej do powiedzenia niż 90% pozostałych aquatic-ozone. Barwa płynu i jego ogólnie „lajtowy” charakter może nieco zmylić. Dlaczego – o tym poniżej.

Sam początek przypomina aromat ginu, jakby wbrew deklarowanym opisom uwzględniono olejek jałowcowy. Te iglaczki są obecne dosłownie przez kilka sekund. Potem jest kwaskowata i metaliczna zarazem, nieco drażniąca nuta „zmywacza do paznokci”. Skojarzenia z AZZARO CHROME (nota bene także rocznik 1996) nasuwają się same. Chyba walka anyżku z eukaliptusem i cedrem daje tu ten efekt. Bo mam wrażenie, że składniki te raczej walczą ze sobą, aniżeli współpracują. Metaliczna nuta ustępuje z czasem miejsca bardziej stonowanemu, jakby drzewno-przyprawowemu sercu. Robi się słodkawo, ciepło, jednocześnie trochę jakby plastikowo, syntetycznie. W tle czai się pozbawiony ostrza eukaliptus. Jest tam coś jeszcze. Coś co daje olfaktorycze wrażenie lekkiej pikantności, pieprzności. Główny podejrzany to lawenda. Trwa to kilkanaście, no może nieco więcej, minut i to chyba najlepszy moment tego zapachu. Następująca po tym baza jest bardzo delikatna, męska, jednak nie ma tu rewelacji. Jest poprawnie, a może nawet nieco mniej. 

Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym ocenił ten zapach jednoznacznie negatywnie i zrównał go z ziemia tylko dlatego, że nie jest w moim typie. Obiektywnie rzecz biorąc to przyzwoita kompozycja, o ile ktoś gustuje w tego typu zapachach. Dodając do tego niską cenę, w jakiej można ją nabyć (przede wszystkim na allegro), EAU DE GREY FLANNEL wydaje się być pozycją godną spróbowania. No i jest dobrą alternatywą dla wspomnianego AZZARO CHROME. Mi osobiście jednak nie przypadła do gustu i w rankingu zapachów GB ląduje na ostatnim, trzecim miejscu.

Flakon w kształcie identycznym jak w przypadku dwóch pozostałych perfum Geoffrey Beene. Prosta buteleczka z - tym razem - chromowaną zatyczką, która nawiązuje do metalicznego charakteru kompozycji. Etykietka identyczna jak na GREY FLANNEL, słowa EAU DE napisane małymi literami. Uwaga więc – może zmylić (i wiem, że to robi) niewtajemniczonych, chcących nabyć klasyk z lat 70-tych.

Oryginalny GREY FLANNEL dotarł do ludzkich nosów w 1976 roku. Następnie co 10 lat Geoffrey Beene wprowadzał na rynek nowy męski zapach pod swoim nazwiskiem. Niestety zmarł w 2004 roku. Często zastanawiam się, jaki zapach zaproponowałby nam w 2006? Niestety tego nigdy się nie dowiemy. Ja stawiam na skórę, kadzidło lub .... oudh.  

 

Nuty głowy: cytryna, mandarynka, anyż, cyprys, kminek, cedr,

Nuty serca: eukaliptus, paczula, lawenda, szałwia

Nuty bazy: drewno sandałowe, piżmo, wetiwer

twórca: ?

rok wprowadzenia: 1996

moja klasyfikacja: wodno-ozonowo-metaliczny świeżak, zdecydowanie na ciepłe pory roku, uniwersalny, mało oryginalny,

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 3

trwałość: 4 (5-6 godzin)

flakon: 4

23:17, fqjcior
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 kwietnia 2010

DECLARATION jest dla mnie swoistym wyznacznikiem późniejszego stylu Jean-Claude'a Elleny. Być może jestem w błędzie, ale uważam, że pokazując światu właśnie ten zapach, twórca nakreślił swój specyficzny styl i kierunek, w jakim podąża do dziś. Mając obecnie swobodę twórczą u HERMESa, bez skrępowania eksperymentuje na zapachowym poletku. Za dwie zasadnicze cechy, które charakteryzują dzisiejsze prace Elleny uważam minimalizm i "transparentność" jego perfum. Pierwsza cecha wynika z konsekwentnego dążenia twórcy do zmniejszania liczby składników i molekuł tworzących zapach. Druga jest w pewnym stopniu konsekwencją pierwszej.Jean-Claude Ellena Kompozycje Elleny są "czyste", "proste", prześwitujące. Lekkie, ale nie banalne. Bardzo charakterystyczne. To, że artysta ten dopracował się rozpoznawalnego stylu i w nim operuje (na co pozwala mu jego obecna pozycja w świecie perfumiarzy) uważam za jego wielkie osiągnięcie. Nie będę ukrywał, że darzę Ellenę i jego dzieła sporą estymą. Jego TERRE D'HERMES to dla mnie niezmiennie jeden z absolutnie najbardziej udanych zapachów ostatnich lat. Będący swoistą kontynuacją koncepcji zapoczątkowanej w równie świetnej DECLARATION, nie jest jednak jej klonem. Raczej krokiem naprzód.

W DECLARTION oczywiście trudno jeszcze mówić o minimalizmie dotyczącym składników. Panuje tu „wsadowy” przepych, którego ja jednak nie odczuwam w postaci gęstego przeładowania nut czy zapachowego chaosu. Ogrom składników współgra tu w idealnej harmonii. Niepozorne, zielono-cytrusowe otwarcie złamane woniami ziół nie zapowiada jeszcze tego, co nastąpi. Zresztą na skórze to zaledwie kilkanaście sekund, więc tradycyjny test naskórny poprowadzi nas praktycznie od razu ku kwintesencji tej kompozycji, jaką jest mistrzowski akord serca. Jednak dzięki „zatrzymaniu” akordu głowy na dłużej (a są na to sposoby), można nieco dłużej „przyglądnąć” się otwarciu. Nie ma tu nic nadzwyczajnego. Dziać zaczyna się dopiero później, kiedy następuje jeden z najbardziej charakterystycznych perfumowych akordów w historii tej wspaniałej sztuki. Akord serca DECLARATION – akord klucz, akord wytrych, akord - Mistrzostwo Świata. Szlachetne korzenne przyprawy (imbir, cynamon, kardamon i jakże ważny tutaj pieprz) zanurzone we wspaniałym bukiecie wonnych kwiatów (uwielbiany przeze mnie „papierowy” irys, subtelny, nie zatykający tchu jaśmin), a wszystko to doprawione przewonnym, cudnym igliwiem (a może i owocami) jałowca. Piękno w czystej postaci. Wyczarowana przez Ellenę koegzystencja molekuł przyprawia o zachwyt, przepełnia nie tylko moje nozdrza, ale i płuca, krew i dalej - serce. Doskonałość. Rzadko spotykane piękno... Po upływie kilkudziesięciu minut w tej kwiatowo-korzennej substancji pojawiają się słone, krzemienne przebłyski, które w przyszłości posłużą twórcy jako jeden z głównych tematów kompozycji TERRE D’HERMES, mającej wiele wspólnego z DECLARATION. Tutaj mała dygresja. Choć daty premier obu kompozycji dzieli niemal dekada, kto wie, czy podczas pracy nad Deklaracją Terre nie powstało jako jedna z jej wariacji? To przecież normalna praktyka w procesie tworzenia perfum...No a później, gdy Ellena dostał zlecenie od HERMESA, po prostu odkurzył niegdyś odrzuconą recepturę i otrzymaliśmy TERRE. No - ale to taka moja osobista „teoria spiskowa”. Tak czy inaczej DECLARATION – jako chronologicznie pierwszy - to absolutnie obowiązkowa jazda dla każdego entuzjasty perfum. Nie do pomylenia z niczym innym. Nawet z TERRE.

Baza DECLARATION także daleka jest tu od banału. Jeden z ulubionych tematów Elleny – herbata, tutaj z dodatkiem kardamonu. Esencjonalna, pikantna, lekko słodka. Niespodzianka to brak piżma, aczkolwiek jego widmo, w postaci ogólnego wrażenia czystości, świeżości, jest tu obecne.

DECLARATION ma solidną moc i ekspozycję. Trwałość nie budzi moich najmniejszych zastrzeżeń. Czuję ją na sobie dobre osiem godzin od aplikacji. Wygasa powoli, a charakterystyczna „deklaracyjna” nuta towarzyszy nosicielowi przez długie godziny. W końcu wycisza się i tonuje. Moja ciężka ręka do atomizerów nie stanowi w przypadku DECLARATION zagrożenia, bowiem zapach trudno jest przedawkować. Nawet jeżeli to się wydarzy, otoczenie nie powinno ucierpieć, bo Deklaracja pachnie bardzo bezpiecznie, ale oryginalnie i intrygująco zarazem. Nie ma tu mowy o zachowawczości. Zadziwiające jest to w jaki sposób – mimo zastosowania wydawałoby się raczej ciężkich składników przyprawowych - kompozytor osiągnął tę niezwykłą lekkość i świetlistość zapachu, ten wyrównany balans pomiędzy świeżym, a orientalnym. Iso-E Super twierdzą niektórzy. Może. Ja się na tym nie znam. Jednak nie bez kozery Ellena określany jest „Mistrzem światła” i lekkich nut.

Ciecz zapakowano w całkiem ładny flakon, płaski, dobrze leżący w dłoni, z charakterystycznym sercem u nasady atomizera. Nie posiada on zatyczki, którą zastępuje charakterystyczna dźwigienka blokująca ruchomą część atomizera. Ponoć naśladuje ona mechanizm, którym nakręca się zegarki Cartiera. Ciecz jest krystalicznie transparentna, podkreślająca czystość i świeżość zapachu.

Nuty głowy:

bylica, kminek, kolendra, brzoza, mandarynka, bergamotka, kwiat gorzkiej pomarańczy

Nuty serca: irys, imbir, cynamon, pieprz, jałowiec, korzeń irysa, jaśmin, gwatemalski kardamon

Nuty bazy: skóra, ambra, herbata, wetiwer z Haiti, mech, cedr 

twórca: Jean-Claude Ellena

rok wprowadzenia: 1998

moja klasyfikacja: czysty, świeży, nowoczesny, niezwykle charakterystyczny, uniwersalny, bardzo elegancki, olfaktoryczny synonim klasy

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 6

trwałość: 5

flakon: 5 

22:56, fqjcior
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2