Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

Życzę wszystkim Wspaniałego Nowego Roku!

Niech Was w 2010 roku nie opuszcza szczęście, zdrowie, pomyślność i niech się spełniają Wasze kolejne zapachowe marzenia!

13:42, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2009

CREED to angielski dom perfumeryjny z bardzo długą tradycją, mającą swój początek w 1760 roku. Twórcą firmy był James Creed. Dziś rezydującą w Paryżu firmą rządzi Olivier Creed. Bo CREED to rzadki w tej branży biznes rodzinny, przechodzący z pradziada na dziada, z dziada na ojca, z ojca na syna. Tak już przez 6 pokoleń. Firma ma w swym dorobku około 200 receptur perfum. Wiekszość kompozycji tworzyli kolejni potomkowie rodziny CREEDów. Oficjalnie rzadko korzystali z usług zewnętrznych nosów, a ich oficjalny outsourcing sprowadził się do współpracy z mistrzem Olivierem Crespem. Dziś głównym kompozytorem perfum jest Olivier Creed (szóste pokolenie), zaś pierwsze kroki w zapachowej sztuce śmiało stawia już siódme pokolenie w osobie obecnie 30-letniego Erwina Creeda.  Firma oficjalnie deklaruje przywiązanie do tradycyjnych, często ręcznych metod produkcji perfum, w tym macerowania i filtracji, a także do naturalnych składników. CREED to w założeniu zapachy dla arystokracji, które powstawały przez lata dedykowane rodzinom królewskim. Używane były choćby przez członków brytyjskiej rodziny królewskiej. Swego czasu śliczny ROYAL WATER był ulubioną kompozycją księżnej Diany (nota bene pierwszej tak spektakularnej ofiary paparazzich i brukowców, które dziś – również w formie serwisów sieciowych - sieją zamęt także w naszym kraju, często niszcząc ludzkie dobre imię, czasem niszcząc także życiowe kariery).

Prócz rodów królewskich klientami CREEDa są gwiazdy Hollywood, znani politycy, biznesmeni, sportowcy (choćby David Beckham, który z powodzeniem promuje zapachy pod własnym nazwiskiem, sam jednak od lat z lubością używa CREEDa...), gwiazdy muzyki, a także wszyscy, którzy cenią sobie piękno i jakość zapachów tej marki. W mojej ocenie CREED oferuje perfumy ładne, gustowne, jednak dość tradycyjne, zachowawcze rzekłbym. Ale nie powinno to dziwić zważywszy na swoisty arystokratyczny angielski konserwatyzm i rzeczone przywiązanie do tradycji.

CREED dzieli swe kompozycje na damskie, męskie i uniwersalne. Powąchajmy kilka kwalifikowanych jako męskie.

ORIGINAL SANTAL (2005) – to oda do sandałowca. Śliczny zapach z gatunku drzewnych, rozpoczynający się dość świeżo, jednak nie jest to świeżość cytrusowa, a słodko-owocowa. Subtelna mieszanka cynamonu, kolendry i jagody jałowca, z której nieśmiało wygląda drewno sandałowca, robi naprawdę dobre wrażenie i może być obietnicą dalszych miłych doznań. Kompozycja dość leniwie rozwija się na skórze, coraz mocniej odsłaniając tytułowego sandałowca, któremu towarzyszy imbir wzbogacony przez inne składniki, trudne jednak do zidentyfikowania. W każdym razie akord serca jest orientalny, ciepły, nieco szorstki. Zapach finiszuje subtelną, ciepłą, bardzo oryginalną waniliową bazą, która utrzymuje się bardzo długo. ORIGINAL SANTAL bardzo przypadł mi do gustu. Spośród testowanych CREEDów ten spodobał mi się najbardziej. Jest też z nich najtrwalszy –utrzymywał się na mojej skórze dobre 9-10 godzin.

Nuty głowy: Królewskie Indyjskie drewno sandałowe, cynamon, kolendra, jagoda jałowca

Nuty serca: lawenda, absolut z liści drzewa pomarańczowego, rozmaryn, imbir

Nuty bazy: fasola tonka, wanilia

 

ORIGINAL VETIVER (2004) – te perfumy to brat bliźniak COLOGNE Thierry Muglera. Niemal identyczne ujęcie wetiweru, zgoła odmienne od zaproponowanego wiele lat temu przez Jacquesa Guerlaina. O ile Guerlain (jak i wielu jego następców) użył jako głównej ingrediencji korzenia wetiweru, mającego naturalny ostry, właśnie korzenny, „pikantny” charakter, o tyle OV to wynik zastosowania olejku pochodzącego z liści tej rośliny. Stąd zupełnie inny, zdecydowanie zielony i świeży charakter perfum CREEDa. To – podobnie jak COLOGNE Muglera – idealny zapach na wiosnę i lato. Cudownie pozytywny, nieco mydlany, odświeżający, energizujący, uniwersalny. Na początku powala cytrusowo-zieloną, iście liściastą świeżością, przypominającą raczej trawę cytrynową, aniżeli wetiwer. Z czasem jednak zapach odsłania właściwe, subtelne nuty wetiwerowe, nieco podobne do tych korzennych, jednak znacznie delikatniejsze, wygładzone i ugrzecznione. Ten aromat utrzymuję się właściwie do samego końca. Tu właśnie - mam wrażenie – drogi ORIGINAL VETIVER i COLOGNE rozchodzą się, bowiem w kompozycji Muglera próżno szukać charakterystycznej woni korzenia wetiweru. VETIVER to elegancka, w sumie prosta kompozycja, nie pozbawiona jednak uroku i klasy. Moc umiarkowana, trwałość niestety średnia. Nosi się ją swobodnie i z przyjemnością. Jest miła dla nozdzry od początku do końca, bez osobliwych niespodzianek. Ogólnie pozytyw. Idealny na lato.

Nuty głowy: imbir, mandarynka, włoska bergamotka

Nuty serca: wetiwer z Haiti, drewno sandałowe z Mysore, irys z Florencji

Nuty bazy: piżmo, ambra

 

MILLESIME IMPERIAL (1995) – świeżość, świeżość, świeżość. Zapach śródziemnomorskiego, sycylijskiego wybrzeża zamknięty we flakonie. Owocowe otwarcie, wzbogacone o słone, jodowe akcenty (tak, tak!) daje niezwykle orzeźwiający efekt. Jest po prostu śliczne. Zamykam oczy i widzę cytrynowe drzewa, morską plażę, czuję powiew ciepłej morskiej bryzy, w której unoszą się drobinki jodu. Po kilkunastu minutach na pierwszy plan wychodzą cytrusy z kwiatowymi akcentami, robi się jakby nieco kwaśno. Jednak cytrusy (jak zwykle) szybko znikają i zapach staje się nieco cieplejszy. I tak właściwie jest już do końca. Niestety niewiele się tu dzieje. Finał nie jest zbyt interesujący. Brak mu charakteru. Zdecydowanie ustępuje akordom głowy i serca. Poza tym szybko odchodzi w zapomnienie, bo MILLESIME IMPERIAL jest na mojej skórze mało trwały. Niestety. W mojej ocenie jest najsłabszy z testowanej trójki. Ale wszystko jest rzecz jasna kwestią gustów oraz... chemii skóry.

Nuty głowy: rześkie nuty owocowe, sól morska

Nuty serca: sycylijska cytryna, bergamotka, mandarynka, irys florencki

Nuty bazy: piżmo, nuty drzewne i morskie

 

Podsumowując testy tych trzech zapachów CREEDa, muszę stwierdzić, że mimo iż są dedykowane przez producenta mężczyznom, z powodzeniem mogą być noszone przez kobiety. Zwłaszcza ORIGINAL VETIVER i MILLESIME IMPERIAL. Wspólne cechy wszystkich tych kompozycji to przede wszystkim świeżość, dyskretna moc (nie ma co liczyć na to, że zapach będzie „wyprzedzał nosiciela”, raczej będzie snuł się bardzo subtelnie za nim), harmonijność, prosta elegancja, brak nut czy akordów dysonansowych. Te perfumy są po prostu bardzo ładne. No właśnie – aż ładne i jednocześnie tylko ładne. Dla niektórych mogą okazać się nawet nieco nudne... Bo są nudne - w sposób, w jaki nudny może być angielski, stateczny dżentelmen-arystokrata. Wszystko jest tu zrównoważone, dobrze dobrane i idealnie zmiksowane. Proporcje są idealne, nic nie szpeci, wszystko pasuje. Próżno szukać tu niecodziennych akcentów i nie jestem tym zaskoczony. Więcej - wcale mi to nie przeszkadza. Dyskrecja i harmonia to słowa wg mnie najlepiej opisujące perfumy CREEDa. A przecież harmonia jest cechą najwyższej sztuki... Nie obędzie się jednak tym razem bez łyżki dziegciu. Perfumy CREEDa mają niestety jedną istotną jak dla mnie słabość – akordy bazy, które są bardzo delikatne, ledwie wyczuwalne. Pozytywnym wyjątkiem jest tu ORIGINAL SANTAL, którego oceniam najwyżej i którego flakon byłby miłym uzupełnieniem mojej jesienno-zimowej kolekcji.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że kupując CREEDa kupuje się markę i prestiż, a także niewątpliwą jakość. Akceptując subtelność, harmonijność i piękno tych perfum, chciałoby się większej trwałości. Subtelna moc i kiepska trwałość tych perfum może wynikać z deklarowanego przez producenta dużego udziału składników naturalnych. Może, ale nie musi... Tak czy inaczej - jeśli chcesz pachnieć dyskretnie i pięknie, elegancko i z klasą, no i masz do tego gruby portfel, kup i użyj CREEDa. Nawet jeśli nikt nie zauważy, że pachniesz CREEDem (bo kto niby miałby to zrobić ;-), Ty bedziesz miał poczucie obcowania z dyskretną perfumową arystokracją. 

P.S. Maciejowi dziękuję za próbki.

13:59, fqjcior
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim zdrowia, spokoju, ciepła i miłości. Życzę również wspaniałych zapachowych upominków pod choinką!

Do "zobaczenia" po Świętach!

20:57, fqjcior
Link Komentarze (2) »
środa, 16 grudnia 2009

 

DARK ROSE (2009) - najnowsza olfaktoryczna propozycja Cz&S. Balsamiczny zapach czerpiący z hindusko-arabskich tradycji i składników perfumiarskich. Mamy tu więc szafran, drewno agarowe, drewno sandałowe, różę i białą ambrę. Tytułowa Ciemna Róża wynika z zastosowania tu autentycznego attaru różanego, czyli olejku-esencji uzyskiwanej z płatków róży w wyniku destylacji parowej (w odróżnieniu od absolutu uzyskiwanego w efekcie ekstrakcji). Piękna i majestatyczna to kompozycja, żywcem jakby wzięta z arabskiego targu. Jest jak taka olfaktoryczna impresja nt. "Baśni z tysiąca i jednej nocy".  Akord głowy jest po prostu potężny. Wyrazista woń szafranu i róży dominuje przez dłuższy czas. Im dłużej Ciemna Róża jest na skórze, tym bardziej schodzi ona na drugi plan ustępując typowo orientalnemu, drzewno-przyprawowemu finiszowi, gdzie sandałowiec miesza się z ambrą. Co jednak znamienne - róża - choć już nie na pierwszym planie - to jednak jest obecna do samego końca. Piękna to, przebogata, pełna przepychu, mocna kompozycja, zarówno dla pań i jak i dla panów. Orient na całego.

Nuty głowy: szafran, róża

Nuty serca: paczula, drewno sandałowe, oud

Nuty bazy: piżmo, ambra

 

CITRUS PARADISI (2000) - to po łacinie grejpfrut. To właśnie kalifornijski grejpfrut jest głównym tematem tej kompozycji i on ją otwiera. Otwarcie jest mocno soczyste, aż kręci w nosie. Po nim następuje ocieplenie, cytrusowe ostrze ulega stępieniu. Pojawia się subtelna kolendra i śladowe ilości pieprzu. Jest tu obecna specyficzna "fekalna" nutka znana mi z Salvador Dali Pour Homme, jednak jest tu delikatniejsza i dość szybko znika. Podejrzewam, że jest za nią odpowiedzialna mieszanka paczuli i mchu dębowego razem z kolendrą. Niezwykle specyficzny, śliczny finisz jest dziełem połączenia egzotycznego bogactwa paczuli i mchu dębowego. Citrus Paradisi to wspaniały unisex o świeżym otwarciu i cudownym ciepłym, jedynym w swoim rodzaju zakończeniu, które wzbudziło u mnie zachwyt na równi z opisywanym w pierwszej części NEROLI. Cudny finisz po prostu.  Polecam. Na lato idealny!

Nuty głowy: grejpfrut, nuty zielone, przyprawy

Nuty serca: kolendra, pieprz, mech dębowy

Nuty bazy: paczula, ambra

 

MIMOSA - zmysłowy zapach będący mieszanką świeżych kwiatów i ciepłych przypraw z delikatnym, wytrawnym finiszem. W tej kompozycji uchwycono kruchość i delikatność kwiatu mimozy. Początek budują geranium i ylang ylang, uzupełniane w fazie serca egipską mimozą i jaśminem z odrobiną kwiatu goździka. Nie ma specjalnie sensu rozwodzić się nt. tej kompozycji, bowiem jest ona jednoznacznie kobieca. Tu nie ma miejsca dla faceta. Z definicji. To kwiaty podane w tradycyjny sposób, bez zatykających oddech aldehydów. Bardzo naturalne i śliczne. Panowie powinni ewentualnie nachylić się nad Mimozą jako propozycją na oryginalny upominek dla swoich ukochanych pań....Sądzę, że warto, pamiętając jednak, że to na wskroś tradycyjne perfumy.

Nuty głowy: geranium, ylang-ylang

Nuty serca: mimoza, jaśmin

Nuty bazy: kwiat goździka, benzoina

21:49, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2009

FREDERIC MALLE EDITIONS DE PARFUMS. Brzmi to chyba dla każdego perfumomaniaka jak modlitwa. Kolekcja perfumowych dzieł sztuki, tworzonych przez największe nosy ziemskiego padołu, w dodatku nieograniczone niczym, prócz własnej wyobraźni. Can you imagine? Pomysł Frederica Malle, by stworzyć coś na kształt książkowej oficyny wydawniczej dedykowanej perfumom, zrobił na mnie duże wrażenie. Frederick MallePoszczególne perfumiarskie dzieła - określane jako "perfumy bez kompromisów" - posiadają rzecz jasna swe "tytuły" i - analogicznie do książek - podpisywane są przez samych twórców. W ten sposób Malle zgromadził w swym portfolio takie znakomitości, jak: Carlos Benaim (znany choćby z kultowego zielonego POLO), Pierre Bourdon (lista mogłaby być gigantyczna, ale ograniczmy się do legend: YSL KOUROS i COOL WATER DAVIOFF), Jean-Claude Ellena (kilka BVLGARIch, Declaration CRATIERA, Terre D'Hermes i seria ogródkowa HERMESa), Edouard Fléchier (choćby POISON Diora), Olivia Giacobetti (L'ARTISAN), Sophia Grojsman (przykładowo damskie ETERNITY Kleina, TRESOR Lancome, PARIS YSL), Dominique Ropion (m.in. Armani CODE for Women, YSL L'HOMME, Kenzo JUNGLE ELEPHANT i TIGRE), Maurice Roucel (Donna Karan BE DELICIOUS, damskie Gucci ENVY, Kenzo AIR, Hermes 24 FAUBOURG), Edmond Roudnitska (legenda - nie żyjący już wybitny nos, autor m.in. diorowskich EAU SAUVAGE, DIORISSIMO, DIORELLA, Rochas FEMME, Hermes EAU D’HERMES), Michel Roudnitska (syn Edmonda, autor kilku kompozycji dla Delrae Roth), Ralf Schwieger (choćby Hermes EAU DES MERVEILLES). "Dream Team" można by rzec. Malle udało się w świecie perfum to, co chyba nie udało się w świecie literatury czy muzyki - jeden wydawca skupił wokół siebie najwybitniejszych artystów z branży. Nie wszystkich rzecz jasna, ale bardzo wielu. Zresztą podejrzewam, że to nie koniec. Kolejni wielcy będą przyjmować zaproszenie Malle, bo w tym towarzystwie po prostu nie wypada się nie znaleźć. To swoista nobilitacja. Poza tym to niezwykła okazja do niczym nieskrempowanej twórczości na najwyższym możliwym poziomie, a to oznacza bezcenną artystyczną wolność.

FRENCH LOVER (BOIS D'ORAGE w USA) to dzieło samego Pierre'a Bourdona. Dlaczego dwie nazwy? Wieść niesie, że Malle obawiał się wprowadzania na rynek amerykański perfum o nazwie "Francuski Kochanek" (względy rasowe, tudzież społeczne i co tam jeszcze) i zmienił nazwę na BOIS D'ORAGE, co oznacza Burzowe Drzewa. Jednak to ten sam zapach. Ten sam, czyli jaki?

Przyznam, że mój kontakt z tą kompozycją odbył się z pełnym namaszczeniem. Miałem świadomość, że będę obcował  z czymś niezwykłym. Niezwykle ekskluzywną w intelektualny sposób propozycją zapachową. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy z atomizera wcale nie wydostał się powalający, burzący wszelkie schematy, powodując opad szczęki aromat! Jakże byłem zawiedziony, gdy FRENCH Pierre BourdonLOVER nie powalił mnie, nie zadziwł, nie zaszokował i nie wprowadził w osłupienie! Dalej jakże wielkie było moje rozczarowanie, że BOIS D'ORAGE nie przypominał ani trochę moich o nim wyobrażeń! Tak to niestety bywa z dziełami, wokół których budowane są legendy, tworzona jest specyficzna otoczka, buduje się napięcie, a do tego pojawia się niezwykle obiecujące nazwisko i nośna, rozbudzająca wyobraźnię nazwa. Bywa, że oczekiwania rosną ponad realne możliwości. Tak też stało się w przypadku moich oczekiwań względem Francuskiego Kochanka. Jednak czy to znaczy, że FL jest nieciekawy, kiepski i do luftu? Na pewno nie. Jest on wyrafinowany w sposób, w jaki wyrafinowana może być potrawa o niezwykłym, jednak bardzo subtelnym smaku, który docenić może tylko wyrobiony odbiorca. Bo nie zatyka mnogością przypraw, wyraźnym aromatem, tylko intryguje czymś, co nie do końca rozumiemy i co nie do końca znamy. FRENCH LOVER to wykwintna prostota, w której czuje się mistrzowski nos, który skorzystał z okazji i nie silił się na łatwy do zaszufladkowania topseller. Użył wyjątkowej jakości składników, w większości naturalnych, puścił wodzę fantazji i stworzył coś, o czym od dawna marzył. Zbudował perfumy, które nie muszą podbić serc i nosów milionów, nie muszą wykazać się wynikami sprzedaży, wreszcie nie muszą być charakterystyczne. One nic nie muszą. Po prostu są takie, jakich chciał twórca. Z założenia prawdopodobnie niepopularne. Dla prawdziwych koneserów.

FL powstał w dość specyficzny sposób. Malle i Bourdon chcieli rozwinąć istniejącą już kompozycję Jeana-Claude'a Elleny Angéliques Sous La Pluie opartą na niezwykle rzadkim składniku-temacie - roślinie o wdzięcznym imieniu Angelica (nuta na pół przyprawowa, na  pół aromatyczna). AngelicaW miarę postępu prac zrodziła się jednak koncepcja pójścia w nieco innym kierunku i stworzenia "ostatecznego męskiego zapachu: nowoczesnego, odwiecznego i wytwornego". FRENCH LOVER zaczyna się dość intensywnym zielono-gorzkawo-kwaśnawo-ziołowym aromatem, przypominającym las liściasty (nie ma tu iglaków) po delikatnym deszczu i - no właśnie - burzy. Gdzieś wyczuwam tu ten zawarty w poburzowym powietrzu ozon, aromat roślin leśnych, które wcześniej nagrzane przez słońce uległy nagłemu schłodzeniu przez letni deszcz. Jest obecna ta leśna roślinna podeszczowa duszność. Niestety akord głowy - jak to zwykle - szybko wyparowuje. Tu nastąpiło moje pierwsze "rozczarowanie". Zbyt to wszystko delikatne i zwiewne. Jednak FL kryje w sobie niespodziankę. Ale o tym później. Po tym aromatycznym akordzie otwarcia, zaczyna się trwający pewnie kilkadziesiąt minut akord serca o lekko pikantnym charakterze. Niektórzy wyczuwają tu kadzidło(?). Mi to jeszcze dane nie było... Tymczasem stopniowo zaczyna uwalniać się aromat bazy, który jest ewidentnie oparty na niezwykle subtelnym piżmie, które - w moim odczuciu - nijak się ma do ostrych znanych mi dotąd syntetycznych piżm. Jest delikatne i z klasą, niesamowicie wyważone i z pewnością złagodzone przez obecną w bazie paczulę i kadzidło. Wszystko to jednak jest bardzo delikatne i subtelne. Mimo to swej delikatności akord bazy trwa wiele godzin, czasem znikając, by potem znów się pojawić, gdy tylko nieco wzrośnie temperatura ciała. I to jest ta niespodzianka, która mnie bardzo ucieszyła. Muszę przyznać, że choć spodziewałem się czegoś zupełnie innego, to jednak FRENCH LOVER (ja jednak wolę BOIS D'ORAGE) okazał się być niezwykle intrygującym i niezwykłym zapachem, który zakwalifikowałbym jako zielono-piżmowo-mchowy. Zadziwiające jest to, że ta spora jednak liczba dość wyrazistych w swym charakterze składników została tak dobrana w proporcje, że efekt końcowy zadziwia spójnością i delikatnością. Zapach nie przytłacza, raczej przypomina o sobie na skórze. Jest - ale gdzieś jakby w tle. Nie na pierwszym planie. Sądzę, że w FL zastosowano sporo składników naturalnego pochodzenia, które mają z reguły mniejszą moc, aniżeli ewidentne, jednoznaczne, przeznaczone wyłącznie do tworzenia aromatów, syntetyczne substytuty. Stąd ten efekt naturalności i subtelności.

Malle podsumowuje French Lover jako "roślinną zwierzęcość, służącą pewnej siebie męskości". Niezłe. Dla mnie to rzecz na absolutnie specjalne okazje. I jeszcze jedno - moim zdaniem jego piękno łatwiej będzie docenić w okresie letnim. Chłodna aura nie pozwala mu na pełen rozkwit. Z niecierpliwością czekam więc na lato.

 Roślinna zwierzęcość, służącą pewnej siebie męskości

typ zapachu: zielono-aromatyczny

nuty: angelica - składnik połączony z naturalnymi dodatkami: drewnem cedrowym i wetiwerem, spotęgowany przez irys z Florencji, doprawiony pimento i galbanum i umoszczony na paczuli, kadzidle i piżmach

  • twórca: Pierre Bourdon
  • rok wprowadzenia: 2007
  • moja klasyfikacja: na specjalne okazje, na lato, subtelny ale z charakterem, oryginalny przez mariaż zielonych roślin i piżma
  • moja ocena w skali 1-6:
  • kompozycja: 4,5
  • trwałość: 5
  • flakon: 5

Moja subtelna uwaga na koniec: mógłby być French Lover nieco mniej subtelny, ale czy byłby to wciąż French Lover...?

12:24, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2