Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
czwartek, 26 listopada 2009

Salvador Dali - artysta, malarz, osobowość nietuzinkowa, niezwykła, ekscentryczna i kontrowersyjna. Surrealista. Wizjoner. Znany przede wszystkim z jego niezwykłych dzieł malarskich i graficznych. Ale Dali miał daleko szersze artystyczne horyzonty. Tworzył także rzeźby, meble, kostiumy teatralne i filmowe, współtworzył także surrealistyczne filmy. Bardzo rzadko jednak wspomina się o jego pasji perfumiarskiej, którą "zaraziła" go jego żona Gala, posiadaczka setek flakonów perfum. "Afrodyta Knidyjska" Sam Dali twierdził, że: "Z wszystkich pięciu zmysłów węch jest tym, który najlepiej przekazuje znaczenie nieśmiertelności", cokolwiek to oznaczało.... Za życia artysty powstały dwie kompozycje pod jego marką: damski Salvador Dali oraz Salvador Dali Pour Homme. Mistrz zmarł w 1989 roku, ale linia perfumiarska Dali jest kontynuowana do dziś. Powstały w 1987 roku zapach Salvador Dali Pour Homme jest olfaktorycznym wyrazem obrazu "Afrodyta Knidyjska", który Mistrz ukończył w 1981 roku. Niezwykły flakon - dzieło sztuki zaprojektowane przez samego Daliego - nawiązuje do motywu ust zawartego na obrazie. Sam zapach opisywany jest na stronie Mistrza jako autentycznie męski, o mocnym charakterze. Dodać wypada, że autorem kompozycji jest sam Thierry Vasseur (Wasser), wówczas młodziutki, dobrze zapowiadający się perfumiarz Givaudana. Dziś perfumiarska gwiazda, a od - zdaje się - około roku nadworny i naczelny nos perfumeryjnego domu Guerlain.

Wokół tej kompozycji narosła legenda zapachu nieludzkiego, wampirzego. Dali PH określany bywa przez amatorów perfum jako zapach czarnych kwiatów, a nawet krwista woń wampirzego oddechu. Zionie on buntem przeciw żywym i miłością do śmierci. Pachnie trupio-kwiatowo. Tak. Dali PH to rzecz dla Mrocznych. Dla Gotów :-) 

Tyle "otoczka". Zresztą chwilami całkiem adekwatna. A jak pachną i rozwijają się te perfumy, gdy zdejmiemy z nich to mroczne odium? Dali PH to w swym charakterze perfumy typowo francuskie. Mocne, przebogate, uzbrojone w klasyczne kwiatowe składniki, powoli ale wyraźnie ewoluujące na skórze. Czuć francuski sznyt Thierry Wassera. Tu nie ma miejsca na kompromisy. Zaczynają się mieszanką szałwiowo-anyżowo-cytrusową. W miarę upływu czasu znać o sobie coraz mocniej daje niecodzienna mieszanka aromatów kwiatowych: konwalii, jaśminu i geranium. Ten akord serca ma swą specyfikę, ze względu na niezamierzoną chyba, dość intensywną nutę organiczną, którą ja określiłbym jako fekalną, inni zaś pewnie tu właśnie upatrują tej odrażającej, lekko żelazowej woni krwi, tudzież oddechu Drakuli krótko po spożytej kolacji:-) Fakt - ten akord nie każdemu będzie się podobał i może nawet stanowić o odrzuceniu Dali PH jako całości. Jednak - w przeciwieństwie do wampirów - nie trwa on wiecznie i w końcu - po ok. 3 godzinach - ustępuje miejsca znacznie mniej kontrowersyjnemu akordowi bazy, w której delikatne już kwiatowe echa znane z akordu serca pobrzmiewają na tle ciepłej waniliowo-sandałowo-ambrowej osnowy. Finał zachowuje charakter całej kompozycji, ale jest przyjazny, przyjemny. Moc zapachu i jego trwałość - jak przystało na dziecko lat 80-tych ubiegłego wieku - powalają. Dozować należy niezwykle ostrożnie, a zapach i tak utrzyma się przez dłuuuuugie godziny. W mojej ocenie Dali Pour Homme jest starszym kuzynem "ZINO" DAVIDOFFA. Niezwykłe podobieństwo tych kompozycji daje sporo do myślenia. Czy to przypadek, czy może ktoś skorzystał z już istniejącej receptury, nieco ją zmodyfikował i stworzył ZINO? Chronologicznie DALI był pierwszy (obie premiery dzieli rok!), ale.... Nigdy nie wiadomo. Dajmy więc spokój teoriom spiskowym. Gdyby ogólnie porównać obie kompozycje, to uderza wręcz identyczność zastosowanych składników, nieprawdopodobne wręcz podobieństwo akordów i nut. No i nie da się ukryć, że obie kompozycje pachną łudząco podobnie. Z pewnymi różnicami rzecz jasna. Daliemu brakuje elegancji, szarmu i gracji młodszego kuzyna. Jest bardziej bezkompromisowy i mniej ugrzeczniony, mniej wyrobiony. A jednak magnetyzujący i niezwykły. No i z gotową, dorobioną mroczną otoczką :-) Warto sięgnąć po oba, by wyrobić sobie osobiste zdanie i wybrać ten bardziej odpowiadający, bo posiadanie obu mija się z celem. Chyba, że ktoś jest perfumowym maniakiem. Ja osobiście postawiłem jednak na "ZINO", nabywając jedynie miniaturkę Dali PH z czystej ciekawości. Ciekawość zaspokoiłem i na tym koniec. Nie należę bowiem do entuzjastów "wampirzego oddechu"....

 

typ zapachu: drzewno-kwiatowy szypr

  • nuty głowy: lawenda, szałwia, bazylia, anyż, bergamotka
  • nuty serca: jaśmin, konwalia, geranium
  • nuty bazy: skóra, drewno sandałowe, ambra, paczula, wanilia, mech dębu
  • twórca: Thierry Wasser
  • rok wprowadzenia: 1987
  • moja klasyfikacja: barokowy, szkoła lat 80-tych, wieczorowy, romantyczny, raczej na zimne pory roku, dla odważnych i pewnych siebie intelektualistów
  • moja ocena w skali 1-6:
  • kompozycja: 5
  • trwałość: 5
  • flakon: 5
15:43, fqjcior
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009

Znawcy tematu uważają, że pierwsze perfumy Comme Des Garcons są pozycją obowiązkową dla każdego perfumomaniaka. Są niszową klasyką, której wstyd nie znać. So let's sniff....

 "Perfumy, które działają jak lekarstwo, a zachowują się jak narkotyk". Taki tekst reklamowy towarzyszył kampanii pierwszych perfum awangardowej projektantki Rei Kawakubo. Powstały w 1994 roku. Miały być awangradowe. Jak przedstawiając się dziś, 15 lat po debiucie?

Mark Buxton - twórca tej kompozycji - wspomina, że podczas jej tworzenia miał całkowitą wolność artystyczną i musiał bardzo pilnować się, by efekt jego prac nie przekroczył granic "noszalności". By zapach dało się używać jak perfum. Buxton: "To jedyny kłopot z całkowitą wolnością artystyczną. Jak daleko mogę się posunąć?" Moim zdaniem udało mu się nie przekroczyć granic, aczkolwiek stworzył rzecz niewątpliwie wyłamującą się z perfumeryjnych schematów. Choć oczywiście nie aż tak bardzo, jak w przypadku późniejszego CdG 2 z jego absolutnie niezwyczajną nutą atramentu. Wówczas Buxton posunął się znacznie dalej. Ale to temat na osobny wpis...

 

 CdG to zapach zdecydowanie orientalny i przyprawowy. Umieściłbym go w jednej grupie z OPIUM POUR HOMME YSL, EGOISTE Chanela, czy SABLES Annick Goutal bądź FIVE O'CLOCK Lutensa. W otwarciu CdG EDP dominują korzenne przyprawy (to lubię!), w których przewodnią rolę grają goździk i cynamon. Ale mamy tu również gałkę muszkatałową, kardamon i kolendrę. Przypraw mamy więc dostatek. Muszę przyznać, że akord głowy CdG jest wyjątkowy, także z tego względu, że nie spotkałem dotąd perfum, które tak kręciłyby w nosie w trakcie aplikacji (!). U mnie powodują wręcz kichanie niczym świeżo zażyta tabaka (!) Więc "działają jak lekarstwo?" Niewykluczone. Niewątpliwie "luftują" nozdrza. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w akordzie serca jest smażona skórka pomarańczowa. No i faktycznie wyczuwalna jest nuta miodowa, zbliżona do tej z FIVE O'CLOCK Lutensa, wzbogacona w finale wyraźnym pieprzem. W efekcie CdG kojarzy mi się zdecydowanie kulinarnie. Przypomina mi aromatyczne świąteczne ciasto zwanym piernikiem :-) Autentycznie po użyciu CdG czuję się jak piernik (choć może nie koniecznie "stary" :-) CdG EDP to Święta Bożego Narodzenia we flakonie. Ach...Brakuje tylko mrozu i śniegu za oknami... Ujemna temperatura potrafi zupełnie odmienić zapach, wydobyć z niego te akordy, których przy "plusie" nigdy nie doświadczymy.

Dzieło Buxtona niewątpliwie intryguje, jest oryginalne, bardzo ciepłe, sympatyczne, nie przytłacza mocą i ma przyzwoitą trwałość (dobre 8 godzin). Ulega subtelnej ewolucji na skórze. Z upływem czasu staje się po prostu mniej korzenne i kręcące w nosie, a bardziej pieprzowo-miodowe Bardzo przyjemnie się je nosi i sądzę, że jest to świetny zapach na jesień i - szczególnie - zimę. Wprawia mnie w dobry nastrój, prawdopodobnie poprzez kulinarne skojarzenia z jakże pięknym okresem Świąt Bożego Narodzenia. Czy "zachowuje się jak narkotyk?" Tego nie stwierdziłem. Na pewno jednak warto je przetestować i można to zrobić bez obawy, że doznamy narkotycznych halucynacji, bądź że się uzależnimy ;-) Chociaż nigdy nie wiadomo...

 

 typ zapachu: przyprawowo-orientalny

  • nuty głowy: goździk, gałka muszkatałowa, cynamon, kardamon
  • nuty serca: kolendra, cedr, róża, geranium
  • nuty bazy: labdanum, miód, drewno sandałowe, kadzidło, pieprz, styrax
  • twórca: Marc Buxton
  • rok wprowadzenia: 1994
  • moja klasyfikacja: uniwersalny, raczej na zimne pory roku, "kuchenny", oryginalny i specyficzny
  • moja ocena w skali 1-6:
  • kompozycja: 4
  • trwałość: 4
  • flakon: 5
16:18, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 listopada 2009

W każdej dziedzinie sztuki wena od czasu do czasu natchnie artystę tak dogłębnie, poprowadzi go w tak niezwykłym kierunku, tak szczęśliwie splecie się z okolicznościami danej chwili, że artysta stworzy to jedno jedyne dzieło mające znamiona geniuszu. Najczęściej zdarza się to jeden raz w jego życiu. Bo przecież życie artysty dzieli się na dwa etapy: ten przed jego najwybitniejszym dziełem i ten po nim. Pierwszy etap charakteryzuje dążenie do stworzenia dzieła genialnego. Drugi - dążenie do powtórzenia go. O ile pierwszy - z natury rzeczy - kończy się sukcesem (choć nie każdemu artyście jest to dane), o tyle drugi - z natury rzeczy - porażką. Owszem - zdarzają się w tym drugim okresie dzieła wybitne, jednak nigdy nie dorównują temu jedynemu. Choć mogą nawet przewyższać je bezwzględną jakością, to brakuje im tego szczęśliwego, magicznego splotu różnych naturalnych okoliczności, bez których nawet wybitne dzieło nie będzie dziełem genialnym...

Takim genialnym dziełem bez odrobiny wątpliwości musi być POLO Ralpha Laurena autorstwa Carlosa Benaima. Nikt nie przekona mnie, że fakt, iż POLO od ponad 30 lat jest jednym z najlepiej sprzedających się męskich perfum na świecie wynika li tylko z dobrego marketingu, promocji albo (sic!) estetyki flakonu. Nic z tych rzeczy. Zapach broni się sam i mimo zmieniających się trendów znika z perfumeryjnych półek śmiem twierdzić w spokojnym, ale stałym tempie. POLO to historia, POLO to legenda. Z czego wynika jego ponadczasowa popularność? Odpowiedź na to pytanie jest co najmniej trudna. Zabawne wyjaśnienie przyszło mi o głowy. Mianowicie POLO w pewien sposób odnosi się do archetypu męskiego - amerykańskiego twardego faceta, zdobywcy Nowego Świata, mieszkającego we własnoręcznie postawionej, omszałej chacie w lesie, który nie rozstaje się ze swym ulubionym koniem ze skórzanym siodłem i tytoniem, który żuje lub pali. Jego flanelowa koszula i skórzany płaszcz przesiąknięte są wonią tytoniu i rozmaitych ziół, których ów samotny kowboj dodaje do własnoręcznie przyrządzanych w swej chacie potraw. Bo przecież mieszka sam i sam sobie gotuje to, co upoluje i to co znajdzie w lesie bądź przydomowym ogródku. To istota kompozycji Benaima :-) Supermęskiej, dodajmy. Ona aż bucha testosteronem. I choć na flakonie widnieje pan grający na koniu w polo, to dla mnie nijak się on ma do samej kompozycji (choć na pewno lepiej pasuje tu, niż na kolejnych wcieleniach  POLO BLUE, BLACK, DOUBLE BLACK itd.).

Pierwsze nuty to zielona świeżość - w sensie zielonych przypraw, nie trawy czy bambusa (!). Po chwili objawia się charakterystyczny akord serca, będący połączeniem iglakowej woni z paczulą, mchem i wetiwerem. Jest więc na tym etapie jakby leśny i ten akord - będący znakiem szczególnym POLO - może niestety dziś wielu osobom kojarzyć się nieco z odświeżaczami do powietrza w sprayu o zapachu właśnie "leśnym". Choć rzecz jasna POLO pachnie tu nieporównanie bardziej szlachetnie, to jednak wiem, że dla niektórych ta nuta jest nie do przyjęcia i stanowi o tym, że POLO jest odrzucany bądź określany jest jako staromodny. Moim zdaniem sporo w tym przesady, choć najwyraźniej zdaniem samego Laurena coś musiało być na rzeczy, skoro całkiem niedawno wylansował unowocześnioną wersję zielonego POLO - Modern Reserve. Nie wycofał jednak klasyka w oryginalnej formule - na szczęście. Tak czy inaczej - koniec wieńczy dzieło, jak zwykło się mówić. Skórzano-tytoniowy finał, który trwa większą część dnia, w sposób ultramęski kończy tę kompozycję. POLO charakteryzuje się niezwykłą mocą i powalająca trwałością (spokojnie do 10 godzin). Należy więc ostrożnie traktować atomizer, by nie zamęczyć własnych receptorów i nie narazić otoczenia na zbyt intensywne doznania. POLO jest zapachem, który nie zawiedzie mężczyzny. Nie zniknie w połowie dnia, nie przeistoczy się w jakiś duszący, trudny do wytrzymania smród. Będzie obecny i wyczuwalny w pięknej męskiej formie przez wiele, wiele godzin, czy to zima, czy lato, czy słońce, czy deszcz, czy dzień, czy noc. Bo to prawdziwy przyjaciel  prawdziwego faceta :-) 

 typ zapachu: ziołowo-drzewny

  • nuty głowy: zielone i świeże - bylica pospolita, bazylia, tymianek, kmin, kolendra i goździk
  • nuty serca: mocne i męskie - iglaki przyozdobione nutami paczuli, mchu dębowego i wetiweru 
  • nuty bazy: skóra, tytoń, tymianek  tworzące intensywny "ogon" zapachowy
  • twórca: Carlos Benaim
  • rok wprowadzenia: 1978
  • moja klasyfikacja: ponadczasowa elegancja, raczej dla dojrzałych mężczyzn, uniwersalny (na zimno i ciepło, na dzień i wieczór), wierny męski zapachowy towarzysz, który nie zawiedzie
  • moja ocena w skali 1-6:
  • kompozycja: 5
  • trwałość: 5
  • flakon: 3
09:25, fqjcior
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 listopada 2009

Ten wpis jest szczególny. Kilka miesięcy temu pokusiłem się już o recenzję Comme Des Garcons 2 Man, jednak po przeczytaniu jej kilka dni temu, doszedłem do wniosku, że chyba jednak byłem wobec tego zapachu niesprawiedliwy, a moje odczucia wobec niego na tyle się zmieniły, że powinieniem napisać o nim jeszcze raz. Inaczej. Lepiej. Bo na to zasługuje. Przede wszystkim wcześniej dałem się zasugerować wielu opisom w internecie, które porównują, czy wręcz stawiają obok siebie tę kompozycję Marka Buxtona ze - wspaniałym skąd innąd - brązowym GUCCI POUR HOMME. Dziś muszę się przyznać, że był to błąd. To naprawdę dwa zupełnie inne zapachy, które - jeśli już - łączy nieco "dymny" charakter. GUCCI to głównie suchy i wytrawny cedr, 2 Man zaś to rzecz bardziej złożona....

Już pierwsze spojrzenie na piramidę nut robi wrażenie. Jest bardzo nietypowo, niecodziennie. Gałka muszkatałowa, kminek i ....aldehydy w otwarciu. Wygląda co najmniej groźnie. Szczególnie te aldehyhdy. W rzeczywistości akord głowy jest mistrzowsko skomponowany, tak że ani aldehydy nie "zatykają" oddechu, ani muszkat nie gryzie w gardło (jak to bywa w wielu przypadkach, choćby VISIT AZZARO). Potem jest jeszcze ciekawiej: irys, wetiwer, szafran i ...biały dym. Czuć wyraźnie słodki, lekko ostry szafran i nutę dymną (!), a jakże! Naprawdę robi wrażenie. Jakby tego było mało, następuje akord bazy ze skórą, kadzidłem i mahoniem. Zestaw zaiste zastanawiający. Jakże to może pachnieć? Ano jest subtelnie słodkawo, ciepło i przyjemnie. Każdy z trzech akordów jest świetnie skomponowany, tak że w zasadzie nie czujemy poszczególnych konkretnych nut, tylko całe akordy. Przez oczywistą analogię do muzyki, akordy są tak perfekcyjnie skomponowane i zagrane, że nie słyszymy pojedynczych nut, a jedynie ich współbrzmienia.

Mark Buxton

Jeśli szukać porównań perfumeryjnych, to 2 Man ma więcej wspólnego z PALISANDER CdG czy SAFRAN TROUBLANT L'Artisana niż z brązowym Guccim. Mimo to jest bezsprzecznie BARDZO unikatowy, oryginalny, specyficzny, męski i po prostu piękny. Jedyną uwagę mam do jego mocy, która jest bardzo "ugrzeczniona" (ale przecież nie każdy zapach musi być potężny) oraz do tego, że zbyt szybko ewoluuje poprzez piękne przyprawowe otwarcie i jeszcze piękniejsze słodko-dymne rozwinięcie w kierunku mniej atrakcyjnego subtelnego, ciepłego drzewnego finiszu. Finisz ten trwa  w swej subtelności jednak dobrych kilka godzin, więc trwałość jest przyzwoita. Chciałoby się dłużej cieszyć choćby akordem serca. Ale cóż... Ideałów jak wiadomo nie ma.

Dziś po zużyciu niemal całego 50 ml flakonu muszę zwrócić honor Markowi Buxtonowi, bowiem jego 2 Man to jeden z piękniejszych awangardwoych zapachów dla mężczyzn, jakie dane mi było poznać. Jeśli ktoś chce pachnieć absolutnie niestereotypowo, tajemniczo i męsko, zdecydowanie powienien siegnąć po Comme Des Garcons 2 Man. Zaś dla każdego perfumomaniaka to jazda obowiązkowa. Dla mnie zaś - przykład na to, że często potrzeba więcej czasu, by poznać kompozycję i właściwie ją (d)ocenić....

 

  • typ zapachu: drzewno-szyprowy
  • nuty głowy: aldehydy, gałka muszkatałowa, kminek
  • nuty serca: irys, wetiwer, szafran, biały dym
  • nuty bazy: skóra, kadzidło, mahoń
  • twórca: Marc Buxton
  • rok wprowadzenia: 2004
  • moja klasyfikacja: enigmatyczny, awangardowy, subtelny, z charakterem
  • moja ocena w skali 1-6:
  • kompozycja: 5
  • trwałość: 4
  • flakon: 5
15:12, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 listopada 2009

Tym razem Durbano odszedł od nut kadzidlano-dymnych, by stworzyć coś równie niezwykłego, jednak o odmiennym charakterze. Trudno doprawdy opisywać mi ten zapach. Jego unikatowość zbija mnie z tropu. Muszę to podkreślić: JADE jest NIEZWYKLE unikatowym i specyficznym, niezmiernie pięknym zapachem. Powala mnie za każdym razem, gdy go poczuję. Pamiętam pierwszy test - papierkowy - w perfumerii. Testowałem ROCK CRYSTAL i właśnie JADE. Kryształ górski zbladł w zielonym towarzystwie nefrytu. Bo JADE jest zielony (to przecież widać) i pachnie zielono, choć ta zieleń złamana jest ......no właśnie. O tym za chwilę. Przyznam, że obcowanie z JADE to dla mnie przeogromna frajda. Odkrycie nowej jakości w perfumach. To olfaktoryczny szok podobny do tego, jakiego doznałem, gdy pierwszy raz poczułem "Lonestar Memories" Andy Tauera. Lubię takie doznania :) Na początku JADE jest soczysty, owocowy. Ta owocowość złamana jest jednak przez przyprawy (anyż, mięta, kardamon). W liście nut wymieniona jest tu zielona herbata. Wiadomo jednak, że zielona herbata sama w sobie nie pachnie, a tzw. nuta zielonej herbaty to tak naprawdę syntetyczne o niej wyobrażenie. Tak czy inaczej akord otwarcia jest niesamowity, przykuwający uwagę. JADE rozwija się na skórze bardzo powoli, pozwalając cieszyć się każdym jego stadium. Po pewnym czasie JADE staje się nieco cierpkie, jakby suche, ziołowo-herbaciane i lekko kwiatowe. Choćbym szukał teraz na siłę jakichś porównań (np. YERBAMATE Villoresiego), to są one bezcelowe i pozbawione sensu. JADE jest z innego wymiaru. Jest magiczne. Akord bazy trwa niemal wiecznie (trwałość powalająca) i ma charakter sucho-ziołowy z wciąż obecną przewodnią nutą znaną z otwarcia i akordu serca. JADE nie wykonuje więc żadnych zapachowych wolt i przez cały czas pozostaje zieloną tajemnicą Oliviera Durbano. Nieskończenie piękną tajemnicą.

 

 

Interpretacja: Nefryt to kamień symbolizujący nieśmiertelną potęgę miłości. Wprowadza wewnętrzny spokój, sprawiedliwość i harmonię. A co mamy w składzie JADE? Przewodnie nuty to zielona herbata, mięta, mate. Zioła od wieków znane są ze swych uspokajających i harmonizujących właściwości...

 

 

 

 

Nuty głowy: zielona herbata, anyż gwiaździsty, mięta, kardamon,

Nuty serca: irys, jaśmin, chiński cynamon,

Nuty bazy: ambra, paczula, wetiwer, mech, piżmo, nieśmiertelnik, mate

Podsumowanie durbanowskiego cyklu

Olfaktoryczne poszukiwania Durbano bardzo mi podpasowały. Jestem wręcz oczarowany subtelnym światem zapachów-kamieni, ich niezwykłych barw, ich surowością i szlachetnością zarazem. Durbano to po Tauerze moje kolejne perfumowe objawienie. O ile Tauera nazwałbym romantykiem perfum, o tyle Durbano to mistyk. Tam gdzie pierwszy tworzy dzieła monumentalne, przebogate, barokowo wręcz przeładowane, ewoluujące na skórze godzinami, drugiego cechuje asceza, minimalizm, liniowość. Tauer jest większym tradycjonalistą, Durbano zaś łamie stetrotypy, poszukuje i znajduje nowe środki wyrazu. Obaj jednak są perfumiarskimi magikami. W przypadku Durbano przyznać też muszę, że bardzo dopracowane i niezwykle sugestywne, koncepcyjne połączenie inspiracji, zapachu i strony wizualnej jego kolekcji bardzo do mnie przemawia. Robi wrażenie spójnej, konsekwentnej i wyrafinowanej przez swą piękną prostotę. Naprawdę niesamowite. Oczywiście jest to ocena na bazie czterech z dotychczasowych pięciu części kolekcji, która docelowo ma składać się z siedmiu elementów - siedmiu kamieni.

Kolejne piękne przeżycia są więc jeszcze przede mną, o ile twórca nie straci weny i utrzyma dotychczasowy poziom....

22:03, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2