Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
sobota, 27 lutego 2010

Ten wpis czekał na publikację długo. Zbyt długo. Ze względu na temat, chciałem z nim zdążyć zimą, a tu dziś w powietrzu czuć ewidentną wiosnę! Czym prędzej więc podjąłem się ukończenia go...

Wygląda na to, że zima powoli odpuszcza. Nie da się ukryć, że mieliśmy w tym roku prawdziwą polską zimę. Trzaskający mróz, skrzypiący, suchy, puchaty śnieg i jeszcze jedna integralna cecha polskiej zimy......zaskoczeni drogowcy :) Bardzo lubię taką zimę. Przypomina mi dzieciństwo. Brakuje mi tylko wzorków malowanych przez Dziadka Mroza na szybach domowych okien. Najwyraźniej nowoczesne "plastiki" są mrozoodporne. Coś za coś :-) 

Zima to czas, gdy wielu z nas grzeje się wieczorem przy kominku (nie ja - niestety). Wielu z nas również częściej sięga zimą po herbaciany napar (to ja :-), który pozwala ogrzać się i cieszyć niezwykłymi aromatami i wonnościami. Herbata - ten zupełnie niezwykły napój - występuje w wielu odmianach, gatunkach i postaciach. Biała, żółta, zielona, czerwona, czarna. W postaci pełnych liści, łamanych liści, granulek czy pyłu zawartego w ekspresowych torebkach. Naturalna, wędzona lub aromatyzowana. Z cytryną, z miodem albo mlekiem. Latem mrożona. Zimą rzecz jasna gorąca, czasem "z prądem".

Oprócz swych właściwości rozgrzewających i zdrowotnych, herbata jest też już od lat inspiracją dla twórców perfum. Jednym z bardziej znanych zapachów zainspirowanych herbatą jest legendarna już dziś kompozycja Jeana-Claude’a Elleny Eau Parfumee au The Vert  z 1992 roku stworzona pierwotnie jako odświeżacz powietrza w salonach marki Bvlgari (!). Ale to temat na osobny wpis.

Dziś niemal każda szanująca się marka niszowa posiada w swej kolekcji kompozycję herbacianą. Chyba największą herbacianą sławą cieszy się wśród niszowców TEA FOR TWO L'Artisana autorstwa Olivii Giacobetti. Te niecodzienne perfumy pachną jak ostudzona, lekko posłodzona czarna herbata. Ważne by podkreślić, że twórczyni nie starała się oddać - skądinąd pięknej - woni herbacianego suszu. Chodziło raczej o zapachową impresję na temat słodkiego naparu z czarnej herbaty. Herbata jest mocna, wystudzona, posłodzona cukrem i ma barwę ciemnego bursztynu. Choć w centrum kompozycji znajduje się herbaciany napar, to Giacobetti w bardzo zręczny sposób wplotła tu przyprawy (anyż, imbir, cynamon), tak że nie przytłaczają one całości (jak w Five O’Clock Lutensa), a jedynie bardzo subtelnie i zgrabnie podkreślają smakowy charakter tych perfum. Subtelność i niezwykłe wyważenie tych perfum to zresztą chyba znak firmowy Giacobetti. Wraz z upływem czasu na skórze znika gdzieś lekko dymna nuta herbacianej esencji i zapach wysładza się, by finiszować waniliowo-miodowo, ale - znowu - subtelnie. TEA FOR TWO to moim zdaniem zapach bardzo udany i pełen niezwykłego uroku. Czuć lekką i genialną rękę do składników i proporcji oraz takiż nos włoskiej twórczyni. Herbatka dla dwojga? Czemu nie?  Bardzo chętnie!

Nuty głowy: bergamotka, anyż gwiaździsty, herbata

Nuty serca: cynamon, imbir, inne przyprawy

Nuty bazy: miód, wanilia

twórca: Olivia Giacobetti

 

NOMAD TEA („Herbata koczownika”) to zupełnie inne ujęcie herbacianego tematu. Zapach z siódmej - zatytułowanej SWEET - serii perfumowej wydanej przez Comme Des Garcons. Na marginesie warto dodać, że propozycje zapachowe tej firmy to prawdziwe wyzwanie dla każdego perfumomaniaka. Jest ich ogromna mnogość, a ich tematyka jest co najmniej oryginalna i bardzo intrygująca. Pogrupowane w serie (zielona, czerwona, kadzidlana, kolońska, sorbetowa, syntetyczna  czy wreszcie słodka) stanowią źródło niepowtarzalnych przeżyć olfaktorycznych.

Ale wróćmy do NOMAD. Tym razem mamy okazję powąchać cocktail z zielonej herbaty z cukrem, odrobiną cytryny i – przede wszystkim -  listkami świeżej mięty. NOMAD to zupełnie inne ujęcie tematu niż TEA FOR TWO. Kompozycja jest zdecydowanie „jaśniejsza”, bardziej zielona i odświeżająca. Zielone kolory towarzyszące wwąchiwaniu się w NOMAD TEA to efekt obecności nie tylko zielonej herbaty, ale i bylicy, która ma lekko trawiasty aromat, przypominający sok wyciśnięty z trawy. Jeszcze jedno skojarzenie w tym miejscu: yerba mate. Zdecydowanie, a nawet na pierwszy miejscu. To właśnie zielonym suszem yerba mate pachnie NOMAD TEA, gdy odfruną wstępne miętowe molekuły. Koczowniczą herbatkę poleciłbym amatorom zapachów zielonych, wcale nie koniecznie herbacianych. To zapach doskonały na upalne letnie dni. Świetnie skomponuje się z piknikiem na leśnej polanie lub rodzinną imprezą w letnim ogrodzie. Orzeźwi i ochłodzi. Jest bardzo optymistyczny i sympatyczny. Warto spróbować.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nuty głowy: dzika mięta, bylica

Nuty serca: zielona herbata, geranium

Nuty bazy: nuty drzewne, cukier

twórca: ?

THE BRUN Jeana Charlesa Brosseau tworzy wraz z ATLAS CEDAR i FRUIT DE BOIS trio męskich perfum stworzonych przez tego francuskiego kreatora. Patrząc na listę nut THE BRUN (brunatny, brązowy albo po prostu brunet :), nie sposób oprzeć się wrażeniu, że miał on być czymś więcej niż tylko zapachem herbacianym (jak poprzednio opisane). I faktycznie taki jest. Ten zapach nie jest “poświęcony” herbacie. Jednak jednym z jego istotnych składników jest właśnie herbata Lapsang Souchong. Czarna herbata wędzoną w dymie z sosnowego lub cedrowego drewna. Ci, którzy taką herbatę pili, wiedzą, że ma ona lekko cierpki, delikatnie dymny smak i zdecydowanie wędzony aromat. Moim zdaniem jest pyszna i ma zdecydowany, mocny, męski charakter. Owocowe otwarcie THE BRUN przykuwa uwagę. Czuć, że nie będzie to kolejny banalny zapaszek dla panów. Przez słodkawe cytrusy przebijają się przyprawy, które po kilku minutach oddają pola kwiatom. Jest coraz ciekawiej i ładniej. Lawenda złagodzona przez inne składniki dodaje uroku akordowi serca, nie dominując go jednocześnie. Trzeba się dobrze wwąchać, by ją poczuć. Choć do akordu bazy pozostało jeszcze trochę czasu, nuta herbaciana coraz mocniej zwraca na siebie uwagę. Skojarzenia? Hmmm. Na pewno DUEL Annick Goutal i Gucci POUR HOMME II (niebieski). THE BRUN – jak na bruneta przystało - szybko „przechodzi do rzeczy” i akord bazy pojawia się już po ok. 30 minutach. Na tym etapie dominuje już nuta herbaciana – czarnej herbaty z odrobiną dymu wędzarniczego. Dalekie jest to jednak od autentycznego aromatu Lapsang  . W miarę upływu czasy wędzona nutka uwypukla się, by następnie dość szybko stracić na mocy. Jednak charakterystyczny, intrygujący aromat THE BRUN utrzymuje się do samego końca.

Rezultat prac Brosseau i Bourdona jest dość udany. THE BRUN to nietrywialna, nowoczesna męska kompozycja. Ładnie ewoluująca, średnio mocna i średnio trwała. Wyważona i nienachalna (klasa Bourdona), bardzo uniwersalna. Poza tym niewątpliwie mało popularna, co może być jej zaletą.

Nuty głowy: bergamotka, ananas, melon, cynamon, kardamon

Nuty serca: kwiat pomarańczy, lawenda, fiołek, jaśmin, konwalia

Nuty bazy: kmin, herbata Lapsang Souchong, ambra, wanilia, piżmo 

twórca: Jean Charles Brosseau i Pierre Bourdon

17:32, fqjcior
Link Komentarze (3) »
środa, 17 lutego 2010

Tom Ford (TF) – obecny enfant terrible świata mody - po 10 latach dyrektorowania w domach GUCCI i Yves Saint Laurent w ramach piorunująco szybkiej kariery - wybił się w 2004 roku na niezależność i stworzył markę firmowaną swoim nazwiskiem. To w tej chwili chyba najbardziej ekspansywna marka w świecie mody. Dziś jego kreacje są trendy, szczególnie wśród tzw. męskich celebrities, m. in. gwiazd Hollywood (Brad Pitt czy George Clooney). Dla mnie jako wielbiciela perfum Tom Ford to postać niezwykła, ale i kontrowersyjna. W trakcie tych lat to właśnie on – jako dyrektor artystyczny/ kreatywny GUCCI/ YSL- patronował powstaniu takich arcydzieł męskiej perfumerii jak: GUCCI ENVY FOR MEN, GUCCI RUSH FOR MEN, GUCCI POUR HOMME (brązowy), YSL M7 i wreszcie YSL RIVE GAUCHE POUR HOMME. Wszystkie te zapachy to bez wyjątku dla mnie ścisła czołówka. Odważne, nietypowe, "z pomysłem", czasem wyznaczające nowe trendy, zawsze bardzo męskie i zmysłowe. M. in. ze względu na to jego sztandarowy produkt dla mężczyzn – woda toaletowa TOM FORD FOR MEN zaskoczyła mnie. Znając wcześniejsze zapachowe osiągnięcia FORDA, a także jego naprawdę bardzo udane kompozycje damskie WHITE PATCHOULI czy BLACK ORCHID, spodziewałem się czegoś, nie oszukujmy się, lepszego...

Perfumy te mają klasyczną trzy-akordową konstrukcję, a ich ewolucja jest dość wyraźna. To akurat mi się podoba, bo lubię zapachy ewoluujące. Zamieszczony na stronie internetowej TF opis składowych poszczególnych akordów przyprawia o zawrót głowy, głównie ze względu na ich liczbę, ale także i rzadkość kilku z nich. Efekt ich użycia jest jednak zaskakująco mizerny. A apetyt był naprawdę spory....

Akord głowy jest bardzo spokojny, niekrzykliwy, pomimo obecności wielu nut cytrusowych, z których chyba najwyraźniej czuję skórkę mandarynki (zrównoważona, słodkawa, niekręcąca w nosie). Głównym towarzyszem „nut hesperydowych” jest imbir. W efekcie akord głowy zaskakuje. Spodziewałem się klasycznego cytrusowego uderzenia, a otrzymałem subtelny imbirowo-mandarynkowy mix. Po kilku minutach imbir wychodzi na prowadzenie i toruje drogę akordowi serca, który znowu jest sporym zaskoczeniem. Dominuje w nim bowiem czarny pieprz, jednak wraz z innymi składnikami tworzy bardzo specyficzny, słodko-ostry zapach, nie trącący jednak muszkatem. Im bliżej końca, tym mniej pieprzu, a więcej ciepłych nut ambry i drewna. Podobno jest tu Cypriol, rzadki składnik pochodzący z destylacji korzenia rośliny o tajemnicznej nazwie Nagarmotha (krewna papirusa), mający nieco ziemistą i drzewną woń. Baza to ta część, która mi najbardziej przypomina L'INSTANT DE GUERLAIN POUR HOMME (na perfumowych forach TOM FORD FOR MEN określany jest jako „rozcieńczone L'INSTANT i - choć to zbyt duże uproszczenie - to jednak jest w tym trochę prawdy).

 Moim głównym zarzutem wobec kompozycji TF jest jej ogólny brak wyrazu, takie „przyczajenie”. To kompozycja o sporym potencjale, jednak nie wykorzystanym. Para poszła w gwizdek, niestety. Moc i trwałość należy ocenić jako bardzo średnie. Zapach lokuje się blisko skóry i trwa ok. 6 godzin. Sprawia wrażenie, jakby ktoś z obawy przed zbyt charakternym zapachem solidnie "rozwodnił" oryginalną recepturę. Szkoda. W efekcie zapach ten niestety odznacza się brakiem charakteru. Na mojej skórze niestety dość szybko "tłamsi się" i nie mogę się dostatecznie cieszyć jego obecnością, choć wiem że on wciąż tam jest. Podejrzewam, że lepiej zadziałałby latem, ogrzany ciepłotą skóry i słonecznymi promieniami. Gdyby nie dotychczasowe dzieła FORDA, miałbym pewnie dla tej kompozycji większą wyrozumiałość... A może to taki TOM FORD dla ubogich (wersja TF EXTREME jest już sporo droższa, nie wspominając o niebotycznych cenach serii PRIVATE BLEND)? Dość powszechna opinia na temat przewagi nachalnego, kontrowersyjnego marketingu nad faktyczną jakością perfum TF FOR MEN zdaje się potwierdzać. Właśnie. Nie wspomniałem jeszcze o kampanii reklamowej tych perfum. Oto jedna z fotografii z niej pochodzących. Czy mi się zdaje, czy to daleko posunięta erotyka, żeby nie powiedzieć soft porno? Śmiałe to i bardzo w stylu TF (pamiętamy - cokolwiek jednak bardziej wysmakowane - zdjęcie reklamujące M7 YSL?). Niestety zawartość flakonu to najmniej atrakcyjna część tej fotografii... Bo sam flakon owszem - bardzo estetyczny i elegancki, z pozłacaną tabliczką z wygrawerowaną nazwą i takimże kołnierzykiem. Zaliczam go zdecydowanie na plus całego projektu. Widoczne na zdjęciu "oparcie" dla flakonu to jedno z TYCH miejsc... („Strzeż się tych miejsc!” jak śpiewał Lech Janerka ;-) A tak na poważnie, to kampania reklamowa wydaje mi się zbyt dosłowna i – w aspekcie samego zapachu – mocno przesadzona. No ale pewnie miało być kontrowersyjnie i …jest. Ja tymczasem przy najbliższej okazji zanurzę nozdrza w wersji TF EXTREME. Zobaczymy, czy jest warta sugestywnej nazwy...Może tam znajdę "tego" TOMA FORDA. Bo TU go nie ma....

 

 

 

Nuty głowy: nuty hesperydowe (cytrusowe), olejek z liścia cytryny, włoska bergamotka, skórka manadrynki, świeża bazylia, fiołek, imbir,

Nuty serca: absolut z tunezyskiego kwiatu pomarańczy, czarny pieprz, absolut z liścia tytoniu, kwiat marokańskiego grejfruta (kwitnie przez 3 tygodnie, jest ręcznie zbierany i natychmiast destylowany dla uchwycenia zapachu),

Nuty bazy: ambra, drewno cedrowe, paczula, mgiełka wetiwerowa, mech dębowy, drewno skórzane (żywica z Laosu o bogatym skórzanym zapachu), Cypriol (korzeń z Indii o zwierzęco zmysłowym zapachu).

twórca: ?

rok wprowadzenia: 2007

moja klasyfikacja: uniwersalny, słodko-cytrusowo-przyprawowo-drzewny, lekki, zwiewny, niezdecydowany, z dużym potencjałem

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 4

flakon: 5

22:13, fqjcior
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 lutego 2010

Legendarny YATAGAN francuskiego domu perfumeryjnego CARON powstał w 1976 roku. Są to ulubione męskie perfumy Toma Forda. W Polsce są one - nie wiedzieć czemu - praktycznie nie do kupienia. Wciąż obecny w ofercie CARONa YATAGAN dopełnia klasyczną zapachową trójcę wraz z POUR UN HOMME i LE 3eme HOMME.  Podobnie, jak w przypadku wcześniej wymienionych, także i tym razem mamy do czynienia z bezdyskusyjnie męską, mocną kompozycją. YATAGAN kwalifikowany jest jako szypr, często jako skórzany szypr. Jednak moim - i nie tylko moim - zdaniem jego nutą przewodnią wcale nie jest skóra...Ale o tym nieco później.

Gwoli informacji YATAGAN to nazwa historycznego tureckiego miecza używanego w okresie od XVI do XIX w. Sądziłem, że nazwa ta miała podkreślać skórzany i bliskowschodni (orientalny?) charakter tych perfum... Ale się pomyliłem. Tak przy okazji - pozwolę sobie na małą dygresję. Międzynarodowe forum perfumowych maniaków www.basenotes.com pełne jest sprzecznych opinii nt. tego, czy YATAGAN uległ na przestrzeni lat istotnej reformulacji, (tak jak zmianom ulegało jego opakowanie  -poniżej zdjęcie najnowszej wersji flakonu). Jedni twierdzą, że nowy YATAGAN to już nie do końca to samo, co stary. Deklarują to testując obie „wersje” „ręka w rękę”. Inni znowu uważają, że zmian nie było i obecny YATAGAN pachnie tak samo jak ten sprzed 30 lat... Sam producent podobno zastrzega się, że o ile owszem - poddał reformulacji wiele propozycji damskich, o tyle męskie (m.in. YATAGANa) pozostawił bez zmian. W przypadku takich dyskusji czuję się zawsze nieco zagubiony. Bo czy ten YATAGAN to faktycznie TEN YATAGAN, czy już tylko wspomnienie po nim? Przykład M7 YSL jest w tej materii dla mnie przestrogą.... Należy chyba jednak zawsze pamiętać o tym, że perfumy to substancje żywe, ulegające przemianom w miarę upływu czasu. Po prostu starzeją się jak każda organiczna substancja chemiczna. W szczególności dotyczy to perfum z dużym udziałem naturalnych składników, a do takich bezsprzecznie należą tradycyjnie francuskie zapachy CARONa. Mało tego. Naturalne surowce mają tendencję do niepowtarzalności. Dajmy na to lawenda. Zebrana w roku 2000 da olejek o nieco innym aromacie, niż ta zebrana np. 8 lat później czy tyleż samo wcześniej. Mimo, że zbiory pochodzą z tego samego miejsca, od tego samego producenta, to jednak dzielą je lata. A te bywają różne pod względem pogody – nasłonecznienia, opadów. Podobnie przecież zachowuje się choćby winna latorośl. No i później mamy lepsze i gorsze roczniki winiarskie. Natura jest kapryśna i ta cecha przenosi się także na perfumy. Stąd przyjąłem założenie, że mój YATAGAN to TEN YATAGAN, a nie żaden inny.  

No ale dosyć tych nieco jałowych dywagacji. Skupmy się na samym zapachu. YATAGAN ma mocne, ziołowo-organiczne, kręcące w nosie  otwarcie (głównie za sprawą lawendy, będącej swoistym znakiem rozpoznawczym wszystkich męskich propozycji CARONa). Po mocnym wstępie YATAGAN przeistacza się w grę dwóch wyróżniających się akordów. Pierwszy z nich jest lekko brudny, tytoniowy. To zapach wilgotnej tabaki, nieco podobny do tego znanego mi z SAFARI Ralpha Laurena, tyle że ten tu jest delikatniejszy. Podejrzewam, że za ten efekt odpowiedzialny jest mariaż paczuli z wetiwerem, które „wespół z zespół” z geranium i igłami sosnowymi (nie czuję) tworzą akord serca. Druga nuta - chyba nawet bardziej wyraźna i uderzająca to ..... seler. Ale nie samotny, tylko doprawiony solą (!). Nie inaczej. Ta niezwykła perfumeryjna nuta dominuje w większości internetowych opisów YATAGANa i trudno się z nimi nie zgodzić. Nawet sam CARON na swej stronie internetowej skraca opis akordów YATAGANA do trzech: seler, paczula, piżmo. Choć składniki tej kompozycji są w większości bardzo tradycyjne (jak zwykle u CARONa), to efekt końcowy daje zapach naprawdę niecodzienny. Pojawia się pytanie, czy selerowa nuta była zamierzona (wątpię...), czy wynikła niejako przy okazji, stając się najbardziej charakterystyczną nutą YATAGANa.  Wymienionej w bazie skóry - której spodziewałbym się choćby ze względu na turecką nazwę i całe emploi tej kompozycji - nie znajduję. A szkoda.  Zresztą zwierzęce kastoreum też jakoś do mnie nie dociera. Baza zapachu nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jest zresztą niestety mało wyczuwalna. Po ostrym otwarciu i mocnym pojedynku tytoniowo-selerowym YATAGAN traci charakter i schodzi na dalszy plan. Niestety.

Reasumując YATAGAN to chyba najbardziej nowatorski z wszystkich męskich perfum CARONa (włączając w to najmłodszego L'ANARCHISTA), pomimo że powstał już ponad trzy dekady temu. Wyróżnia się na tle wszystkiego, co znam, charakterystyczną nutą solonego selera. Sądzę, że wielu ta cecha może nie odpowiadać. Jeśli ktoś szuka zapachu niecodziennego i nie zraża się warzywnymi akcentami, YATAGAN jest wart próby. Niestety zaskoczył mnie na minus dwoma kwestiami. Pierwsza to mizerny akord bazy, o czym pisałem wcześniej. Druga do trwałość. Jest średnia. Około 6 godzin, przy czym po 2 godzinach zapach staje się bliski skórze i nie mowy o jakiejś mocnej ekspozycji "na otoczenie", co samo w sobie oczywiście nie misu być wadą. Ja wolałbym jednak, by „miecz” był ostrzejszy, dłuższy i miał więcej mocy.... YATAGAN pachnie bardzo naturalnie i śmiem podejrzewać, że zastosowane w nim kluczowe składniki nie są syntetycznymi substytutami lecz mają naturalny rodowód (podobnie jak w innych perfumach CARONa). Stąd może wynikać ograniczona moc i trwałość tych zapachów. No i potwierdzałoby to podatność tych perfum na zmiany powodowane dojrzewaniem, o których pisałem wcześniej. Tak czy inaczej YATAGAN intryguje i podoba mi się. Może nie szaleję za nim, ale lubię go. Jest czymś specyficznym i innym. Pomimo swej odmienności mieści się w ramach CARONowej konwencji męskiego pachnidła. Doceniam to, że CARON konsekwentnie od lat utrzymuje w ofercie swoje męskie perfumy, nie wycofując ich i nie zmieniając ich formuł, choć pewnie nie są jakimiś hitami sprzedaży. Widoczna jest dbałość o tradycję i wizerunek marki ekskluzywnej. Pochwalić należy odnowioną stronę internetową. Do czytania może nie za wiele, ale jest na co popatrzeć. Na koniec flakon. Klasyczny kształt znany z pozostałych męskch CARONów, bardzo solidnie wykonany, zdecydowany i męski. Robi doskonałe wrażenie. Kolor zawartej w nim cieczy mimo wszystko zapowiada nieco inny jej charakter....

 

Nuty głowy: lawenda, piołun, bylica, olejek z liści gorzkiej pomarańczy

Nuty serca: geranium, igły sosnowe, wetiwer, paczula

Nuty bazy: skóra, kastoreum, styrax

twórca: Vincent Marcello

rok wprowadzenia: 1976

moja klasyfikacja: uniwersalny, oryginalny, tytoniowo-warzywny(!), raczej dla dojrzałych facetów - koneserów,

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 5

trwałość: 4

flakon: 4

23:48, fqjcior
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 lutego 2010

TOKYO rozpoczyna się oszałamiającą eksplozją świeżych przypraw i cytrusów. Mieszanka ostrego imbiru z cytryną i grejpfrutem tworzy bardzo charakterystyczny akord głowy i zapowiada charakter całej kompozycji. W sercu zapachu dominuje pieprz zmiękczony neroli albo "petit grain" (nie jestem w stanie dokładnie ocenić, choć stawiam na to drugie). Finał jest dynamicznym duetem goździka i - przede wszystkim - gałki muszkatołowej. Kto nie przepada za ostrą, lekko gryzącą nozdrza i lekko duszącą wonią tej przyprawy (np. AZZARO VISIT), ten nie powinien raczej sięgać po TOKYO, bowiem to właśnie muszkat dominuje w bazie przez jej kilka godzin trwania. Cytrusy zastosowane w TOKYO mają raczej "unosić" przyprawowy i drzewny ciężar, niż być jakoś szczególnie wyczuwalne i grać istotną rolę. Dzięki nim TOKYO nie jest siermiężne, lecz całkiem "okrągłe" i zrównoważone. Nuty drewniane też są tu nieco inne, bowiem nie poczujemy tu typowego, znanego choćby z TUMULTE Lacroix cedru, ani nie zwąchamy słodkawej woni gwajakowca. Twórczyni rzekomo inspirowała się "zielonymi sokami" tych roślin, co może tłumaczyć taką a nie inną formę ich obecności w tej kompozycji. 

Bardzo podoba mi się praktyka KENZO zamykania perfum we flakonach, które designem nawiązują do zapachu i wraz z nim oraz "otoczką" tworzą coś więcej niż perfumy. To właściwie raczej koncepty z zapachem znajdującym się w centrum. Tak jest i tym razem. Klasyczny kształt - wygięta przez dmący wiatr gałąź bambusa ozdobiona smugami miejskich kolorowych świateł - symbolizuje TOKYO jako syntezę aglomeracji i natury. Również grafika na opakowaniu to kontrastowe zestawienie drzewa i miejskich świateł. Taki też zdaje się być sam zapach - nowoczesny, dynamiczny, ale z akcentami natury, drzew i mieniących się przypraw. Symbolizuje nocne życie w TOKYO. Obie grafiki wykonał japoński wzięty grafik Kashiwa Sato.  Zapach zaś wykreowała Marie Salamange (Firmenich). Wieść niesie, że inspirowała się świeżymi przyprawami oraz zielonymi sokami cedru i gwajakowca które odkryła w Japonii.

TOKYO nie powalił mnie na kolana (o to w ogóle dość trudno...), ale też nie pozostawił obojętnym. To intrygująca mieszanka, pozytywnie odróżniająca się na tle większości designerskich propozycji - jak zwykle w przypadku KENZO. Zresztą - co by nie mówić - KENZO zachowuje dobry poziom i - w przeciwieństwie do konkurencji - raczej nie wypuszcza na rynek zapachowych gniotów, mając zawsze coś ciekawego do przekazania poprzez swoje olfaktoryczne kreacje. TOKYO jest dobrym tego przykładem .
 
 
 
 
 
Nuty głowy: imbir, cytryna i grejpfrut

Nuty serca: czerwony pieprz, zielona herbata, gorzka pomarańcza

Nuty bazy: gałka muszkatołowa, drewno gwajakowe, cedr, goździk

twórca: Marie Salamange

rok wprowadzenia: 2007

moja klasyfikacja: nowoczesny, przyprawowo-drewniany, dynamiczny, dość oryginalny, uniwersalny (na każdą okazję i każdą porę roku)

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 5

flakon: 4 

12:38, fqjcior
Link Komentarze (14) »
środa, 03 lutego 2010

Wyobraźmy sobie małą osiedlową drogerię w małym mieście. Półka z perfumami. Obok wszędobylskich podróbek (a raczej "udawaczy", które poprzez dziwne, jakby znajome nazwy puszczają do nas oko - choćby "Feel Good" zamiast "Good Life", czy .......Bravo Burano zamiast "Bruno Banani", proponując nam tanią protezę luksusu) w takiej drogerii możemy jeszcze w porywach znaleźć niektóre propozycje Adidasa  (śmierdzące wszystkie niemal bez wyjątku) bądź inne cuchnące Lamborghini. Czasem trafimy na ostatni flakon Old Spice'a po goleniu, ale to już rzadkość. Ogólnie - tragedia. Czy wchodząc w dzisiejszych czasach do takiej zwykłej osiedlowej drogerii, możemy w niej napotkać jakiekolwiek pachnidło godne uwagi? Czy to, że zapachy w niej dostępne są z natury rzeczy tanie, oznacza że są też bez reszty kiepskie? Otóż niekoniecznie. Zdarza się bowiem, że ten czy inny właściciel (częściej właścicielka) "chemicznego" biznesu zaryzykuje i zakupi w hurcie ze 2 (!) białe flakony z brązową zatyczką. TABAC..... "Ale czy znajda się na to chętni?" - martwi się Szefowa, a z nią zagubiona sprzedawczyni. Cóż - własny biznes to zawsze ryzyko :-) Sądzę, że gdyby sprzedawczyni poszukała najbardziej podstawowych informacji na temat TABAC, zrozumiałaby, że z jego zbyciem nie będzie miała większego kłopotu. O ile pojmie, do kogo TABAC jest adresowany i odpowiednio go delikwentowi zaprezentuje. Przede wszystkim zaś pozwoli powąchać! (co nie jest takie oczywiste...). Bowiem prócz tego, że TABAC niemieckiej firmy Maurer&Wirtz to legenda męskiej perfumerii, to również zapach ze wszech miar godny polecenia, szczególnie mężczyznom dojrzałym, gustującym w tradycyjnych, "staromodnych" męskich nutach. TABAC przewyższa swą jakością i kompozycją chyba niemal wszystkie męskie zapachy dostępne w drogeriach na tym poziomie cenowym. No i rozgościł się w nich na dobre. Jego formuła ujrzała światło dzienne w 1938 roku. Jako TABAC ORIGINAL jest obecny na rynku od 1952 roku. W tym roku skończy więc bagatela........ 58 lat! Winszuję! Trzyma się równie dobrze (a nawet lepiej, bo dłużej) jak inny perfumowy dżentelmen Old Spice. Na marginesie warto dodać, że firma Maurer&Wirtz powstała w 1845 roku z inicjatywy Michaela Maurera i Andreasa Wirtza. Była znanym i cenionym w Niemczech, atakże innych krajach Europy, producentem mydła, detergentów i kosmetyków. Z biegiem lat poszerzała swój asortyment, choćby o mydła do golenia czy właśnie wody toaletowe.

Przyznać muszę, że olfaktorycznie TABAC nie zestarzał się zbytnio, jeżeli w ogóle. To klasyczny aromatyczny fougere z dominującą nutą....tabaki (a jakże!). Kto kiedykolwiek miał bliższy kontakt z suszonym tytoniem, szczególnie takim do "niuchania", zna ten aromat "z bliska". Ta ultramęska kompozycja rozpoczyna się dość ostrą mieszanką absolutnie klasycznych nut cytrusowych neroli i petit grain oraz lawendy, by z czasem przeistoczyć się w sympatycznie "mydlany", tabakowy finisz. Choć oficjalnie wśród nut nie wymienionono tabaki/ tytoniu, to jednak akord tytoniowy jest tu ewidentny. Im dłużej, tym bardziej tabakowo TABAC pachnie. Daje poczucie klasycznej, oldskulowej męskiej czystości i świeżości. Jest również klasycznie po francusku skonstrowany z wyraźnych trzech akordów. Zachwyca charakterem, mocą i solidną trwałością. Nie dajmy się zwieść niskiej cenie! W tym niepozornym starodawnym flakonie z białego szkła kryje się naprawdę świetna zapachowa propozycja dla eleganckiego dżentelmena po 50-ce. Jednak każdy perfumowy entuzjasta - bez względu na wiek - powinien przynajmniej zapoznać się z tą kompozycją, bo to lektura obowiązkowa i - dodam - wcale nie nudna! :-). Wprost przeciwnie. Choć z pewnością trzeba do niej dojrzeć. Z okazji 58. urodzin życzę TABACowi stu lat! A co tam stu?! Dwustu!

Nuty głowy: czarny pieprz, liście gorzkiej pomarańczy, cytryna, bergamotka, neroli (kwiat gorzkiej pomarańczy)

Nuty serca: lawenda, rumianek, geranium, drewno dębowe

Nuty bazy: goździk, drewno sandałowe, wetiwer, piżmo, ambra

twórca: Arturo Jordi-Pey

rok wprowadzenia: 1952 (formuła z 1938 roku)

moja klasyfikacja: klasycznie męski, charakterystyczny, elegancki, dla dojrzałego mężczyzny, uniwersalny

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 5 (niesamowita ponadczasowość)

trwałość: 5

flakon: 4 

14:18, fqjcior
Link Komentarze (8) »