Opinie na temat zapachów męskich
Zakładki:
Dotychczasowe Recenzje
Polskie blogi perfumowe
Strony perfumowe
Zagraniczne blogi perfumowe
RSS
wtorek, 26 stycznia 2010

ARABIE to jeden ze zdecydowanie najładniejszych "Lutensów", jakie znam. Orientalne przyprawy to zresztą ulubione olfaktoryczne rejony Serge'a i to się czuje. To prawdziwa uczta dla "wąchacza". Zaiste cudny, przebogaty i gęsty orientalny zapach.  Nieprzesadnie słodki i wspaniale przyprawowy. Będzie atrakcyjny, jak sądzę, dla wielbicieli męskiego OPIUM YSL , EGOISTE Chanela czy PI Givenchy (tyle że bez tych potężnych pokładów wanilii), ale i np. SABLES Annick Goutal czy pierwszych perfum Comme Des Garcons.  Ma też wiele wspólnego z niektórymi przynajmniej propozycjami PARFUM D'EMPIRE (np. AZIYADE, WAZAMBA czy FOUGERE BENGALE), które moim zdaniem jeszcze głębiej i szerzej eksplorują tematy przyprawowe, korzenne czy bakaliowe. "Arabię" docenią z pewnością także panie ceniące mocne, przyprawowe aromaty. 

Perfumy te bazują na mieszance suszonych owoców i orientalnych przypraw, podlanych żywiczno-drewnianym sosem. Mamy tu kandyzowane mandarynki, suszone figi i daktyle, mamy przyprawy w postaci goździka czy muszkatu.  Mamy wreszcie drewno cedrowe i sandałowe oraz benzoinę i żywice (mirra, labdanum). Szczyptę waniliowego aromatu zapewnia bazowy bób tonka. Wyczuwalne w pierwszych kilkunastu minutach suszone owoce z czasem ustępują akordowi przyprawowemu, by po kilku godzinach umościć się w postaci intensywnej, wyraźnej, pięknej i ciepłej bazy. Stanowi ona mieszankę waniliowo-benzoinową, jednak przełamaną mirrą i labdanum, co w efekcie powoduje, że akord bazowy nie jest typowym waniliowym ulepem. Ma ambrowo-balsamiczny, miodowy i jakby lekko dymny charakter.

ARABIE plasuje je się wysoko w moim prywatnym rankingu niszowców. Ten zapach jest naprawdę śliczny. Jego moc i intensywność jest co najmniej zadowalająca. Także trwałość nie rozczarowuje (spokojnie ponad 8 godzin). "Arabia" przez cały czas sprawia wrażenie jakby ogrzewała nosiciela, co czyni ją zapachem idealnym na obecną zimową (syberyjską rzekłbym nawet) aurę. Dziś rano termometry wskazywały - 23 Co (!). A co! W końcu jak globalne ocieplenie, to globalne ocieplenie! Dobrze, że jest czym ogrzać przemrożone nozdrza...

Nuty głowy: cedr, drewno sandałowe, kandyzowana skórka mandarynki, suszona figa, suszony daktyl,

Nuty serca: gałka muszkatołowa, kmin, goździk

Nuty bazy: liść laurowy, bób tonka, benzoina syjamska, mirra, labdanum

12:31, fqjcior
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 stycznia 2010

Ostatni jak dotąd kamienny poemat Oliviera Durbano nosi tytuł TURQUOISE. Tym razem perfumiarski mistyk wziął na warsztat turkus, który "(...) jest kamieniem ochronnym, który obdarza pogodą umysłu, opanowaniem, siłą psychiczną i strzeże przed upadkiem. Niektórzy twierdzą, że wzmacnia refleks ludzi za kierownicą i chroni przed wypadkami. Podobno zapewnia powodzenie w sprawach materialnych i szczęście rodzinne. Pomaga w rozwikłaniu problemów."

Zapachowo to rzeczywiście najbardziej kamienny i zarazem najmniej kadzidlany z poematów utalentowanego Oliviera. Oprócz turkusowej barwy cieczy ta pachnie – rzecz ujmując najbardziej oględnie – jak wilgotny kamień wyciągnięty z chłodnej morskiej wody. Wrażenie jest niebywałe i po raz kolejny muszę oddać Durbano, że jego dzieło pachnie jak nic, co dotąd dane mi było poznać. Spójrzmy na nuty: morszczyn, trzcina, drewno mirry? Pierwszy raz widzę coś takiego i pierwszy raz coś takiego wącham. Mamy tu do czynienia z kolejnym niezwykle unikatowym dziełem. Durbano zabiera nas tym razem nad chłodny ocean i każe nam wąchać słonawe morskie powietrze, wilgotne morskie kamienie i przywierające do nich glony i wodorosty. Zapach morski? Brzmi może i znajomo, ale jeżeli dotąd miałem do czynienia z perfumami, o których mówiło się, że imitują zapachu morskiej bryzy, to przy TURQUOISE zrozumiałem, że były one kiepskimi żartami. Turkus daleki jest od tych niby-morskich, wodnych wynalazków. Jest naprawdę realistyczny i sugestywny. No i nie ma nic wspólnego z upalnymi wakacjami na tropikalnych plażach!  Wąchając go mam przed oczami skaliste, morskie wybrzeże w pochmurny i wietrzny dzień. Fale rozbijają się o skały i rozbryzgują wodę, której najlżejsze cząsteczki docierają w postaci subtelnej mgiełki na sam szczyt wybrzeża, gdzie stoję. Niezwykły to doprawdy zapach. Na początku jest wyraźnie słony, lekko kwaśny i lekko iglasty (mamy więc zarówno drobiny jodu zawartego w morskim powietrzu, jak i lekko wapienną i kwaśnawą woń morskich skorupiaków, a wszystko to zmiksowane z zapachem iglaków, porastających wysokie nabrzeże). Z czasem iglaste wonie znikają na rzecz nut suchych, słonawych, lekko drewnianych i bardzo subtelnie kadzidlanych. Teraz pachnie to jak morski wilgotny kamień lub kawałek drewna wyrzuconego przez ocean, które przez lata pławienia się w zimnych oceanicznych odmętach przesiąkło nie tylko morską solą, ale wszystkim tym, czy pachnie zimna oceaniczna głębia. Brrrr! Dreszcz przechodzi po plecach. Trzeba sięgnąć po kurtkę przeciwwiatrową! TURQUOISE to kompozycja od której po prostu wieje. Wieje oceanicznym chłodem! Jest intensywna i mocna, bardzo trwała. Sądzę, że podczas upalnego lata w pełni objawi swe chłodne oblicze, a kto wie może i odsłoni swą inną stronę?....

Turkusem Olivier Durbano po raz kolejny dowodzi, że jego perfumy to niezwykłe, unikatowe dzieła sztuki. Po raz kolejny też jego olfaktoryczne koncepcje trafiają w sam środek mego zapachowego serca. Jest mi z nimi bardzo po drodze. Podziwiam wyobraźnię i kunszt tego artysty. Jeżeli miałbym pokusić się o prywatny ranking niszowych perfum, jego dzieła zajęłyby chyba pierwsze miejsce. Liczę, że kolejnymi kompozycjami – na które niecierpliwie czekam (do kompletu siedmiu kamieni brakuje jeszcze dwóch...) - potwierdzi swój kunszt i utwierdzi mnie w przekonaniu o swojej absolutnej unikalności w świecie kreatorów perfum.  

Interpretacja: Starożytni uważali turkus za "skamieniałą wodę" lub "skamieniały fragment nieba". Zapach Durbano w tym duchu łączy nuty wodne, ozonowe i mineralne, kamienne jak żadne inne znane mi perfumy. Kolejne dzieło Mistrza z "podwójnym dnem"? Owszem. Cos więcej niż perfumy? A jakże... 

  

Nuty głowy: terpentyna, jagoda róży, żywica elemi, somalijskie kadzidło olibanum, kolendra, jałowiec,

Nuty serca:  trzcina, lotos, lilia, niezapominajka, morszczyn (wodorosty),

Nuty bazy: nieśmiertelnik, miód, drewno mirry, ambra

18:06, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 stycznia 2010

Oj dzieje się, dzieje! Nie ma co! Za oceanem, rzecz jasna. Czyste szaleństwo. To już chyba więcej niż moda. To jakaś psychoza! Wariactwo na punkcie FIERCE wypuszczonego na rynek amerykański w 2002 roku przez tamtejszego producenta odzieży dla młodzieży (się zrymowało) ABERCROMBIE & FITCH z każdym rokiem nabiera mocy. Opinie perfumomaniaków, perfumoholików i perfumoznawców są jednoznaczne - ładnie to pachnie, ale to zapach dobry dla gejów (patrz flakon!) i dzieciaków z college'ów. Nie dla nas - starych wyjadaczy, znawców, koneserów albo innych niszoholików ;-) Poza tym pachnie jak wiele innych (i tu następuje lista kompozycji "podobnych" wśród których najczęściej wymieniane są BOSS BOTTLED i CHANEL PLATINUM EGOSITE) Chwileczkę... O co tu chodzi?

Zanim o samym zapachu, kilka słów o jego twórcy. Christophe Laudamiel to nos pracujący w International Flavors & Fragrances Inc. na nowojorskim Manhattanie. Uważany jest za enfant terrible branży perfumiarskiej. Pomimo młodego wieku ma za sobą już sporo perfumowych dokonań, choćby współtworzenie niebieskiego POLO Ralpha Laurena, którego bezprecedensowy sukces w USA został przypieczętowany prestiżową nagrodą FIFI w 2003 roku. Laudamiel to poszukiwacz, autor kilku patentów dotyczących molekuł i technik perfumeryjnych, "niespokojny duch" perfumerii, facet z wizją. Nowoczesny, nieokiełznany, łamiący zasady i bariery. Anty-tradycjonalista. Przedstawiciel awangardy sztuki perfumeryjnej. Dość powiedzieć, że odważył się zamknąć we flakonie zapach.....seksu (http://www.s-ex.jp/). Podobno nieprawdopodobny, a nawet zwalający z nóg...

Christophe Laudamiel

FIERCE to flagowy zapach marki A&F. Stał się niezaprzeczalnym top-sellerem i absolutnym zapachowym fenomenem. Jest obecny we wszystkich sklepach odzieżowych marki, nie tylko na półkach, ale także na sprzedawanej tam odzieży, a nawet (sic!) w instalacjach klimatyzacyjnych i wentylacyjnych. Naoczni (czy raczej "nanosowi") świadkowie twierdzą, że FIERCE wyczuć można już na ulicy, w promieniu 100 m od sklepu! Można go kupić jako typowe amerykańskie cologne (w praktyce okazuje się przyzwoicie intensywną i trwałą EDT), ale również jako spray do odzieży, a nawet roomspray. Hmmmm. No wariactwo dosłownie.

Nie trudno się domyśleć, że FIERCE mnie bardzo zaintrygował. Skąd ta popularność, gdzie "popularność" to za słabe słowo? Histeria nawet. Po testach na sobie nie poznałem do końca odpowiedzi. Trudno ją znaleźć w odizolowaniu od szerokiego zrozumienia zjawisk rynkowych i socjologicznych zachodzących w USA. Jedno jednak stało się dla mnie jasne. Genialny nos plus sprytna, perfekcyjnie dopracowana amerykańska machina marketingowa dały piorunujący efekt. Mieszanka ultraoklepanych zdawałoby się nut z wmiksowanym przebłyskiem olfaktorycznego geniuszu. Coś, czego - moim zdaniem - brak choćby targetowanemu na młodzież CRAVE Calvina Kleina. FIERCE nie bez przyczyny staje się klasykiem na amerykańskim rynku męskich perfum. W zasadzie już stał się legendą "za życia". Każdy amerykański w miarę dobrze sytuowany "dzieciak" chce nim pachnieć. Każda uczennica college'u w USA uwielbia ten zapach na swoim chłopaku! FIERCE to tzw. "chick magnet" (if you know what I mean ;-)!. Jednak laudamielowski zapach, w którym gustują głównie amerykańskie nastolatki, z powodzeniem może być noszony przez dojrzałego faceta. Świeży, sportowy i absolutnie uniwersalny FIERCE ma tendencje do stawania się "drugą skórą". Uzależniający i trudny do przedawkowania staje się niezwykle niebezpiecznym "średniopółkowym" konkurentem dla mniej lub bardzie wymyślnych mainstreamowych i niszowych propozycji. Chciałoby się nim pachnieć "po całości". Mieszkanie, samochód, garderoba, łazienka, wreszcie biuro. Zapach totalny. Co ten Laudamiel w nim umieścił? To zapewne jego słodka i warta miliony baksów tajemnica.

Kompozycja FIERCE jest w zasadzie bardzo tradycyjna w swej treści. Otwierają ją raczej mało oryginalne i niewiele obiecujące "nowoczesne", syntetyczne cytrusy. Akord głowy nie powala, nie jest niczym intrygującym. Jest jakby przytłumiony, stłamszony, niewyraźny. FIERCE ma jednak jednego wielkiego sprzymierzeńca, jakim jest czas. To w miarę jego upływu zapach rozkwita. Dosłownie. Cytrusy z otwarcia zostają zastąpione urokliwym kwiatowym bukietem serca. Tu możemy już śmiało mówić o charakterystycznej nucie, która powoduje że FIERCE pachnie jak FIERCE, a nie jak cokolwiek. Akord bazy jest rozwinięciem „FIERCEowości” i takim pozostaje na długie godziny. Trwałość jest bowiem bardzo solidna - dobre 8 godzin (na odzieży pachnie kilka dni), a moc określiłbym jako wypośrodkowaną, idealnie dopasowaną. FIERCE to nowoczesny zapach. Nie spodziewajmy się tu francuskiej wykwintności czy włoskiej wyobraźni. To zapach XXI wieku w pełnym tego słowa znaczeniu. Jednowymiarowy, syntetyczny i konkretny.

Flakon - no cóż.... To jednak największy minus tego konceptu. Niektórzy na jego bazie wysnuli wniosek, że FIERCE jest adresowany do gejów. Pomimo iż to moim zdaniem spora nadinterpretacja, to jednak przyznam, że pierwsze co należałoby zrobić, to usunąć tę fotografię i zastąpić ją...niczym. Nie żeby fotografia była zła sama w sobie. Jednak nie pasuje mi na tym flakonie i nie pasowałaby też na żadnym innym. Koncepcja takiego "ozdobienia" flakonu wydaje mi się po prostu obciachowa.

Przy okazji, tak na koniec..... Znacie może muzykę TOTO? Niemal każdy zna kilka ich największych przebojów, często nawet nie znając wykonawcy. Ja znam ją bardzo dobrze. Muzyka TOTO jest melodyjna i na wskroś amerykańska. Nie wymaga od słuchacza jakiegoś szczególnego wyrobienia, ale nie jest - broń Boże - prymitywna czy też prostacka. Można jej słuchać na okrągło przy każdej okazji, bez obawy że się znudzi. Czy to, że jest pełna ładnych melodii zapadających szybko w pamięć, jest jej wadą? Czy to, że bywa często lekka, łatwa i przyjemna obniża jej wartość? Absolutnie nie.  Bo przy całej swojej przystępności pozostaje genialnie pomyślana, doskonale zaaranżowana, wirtuozersko zagrana i perfekcyjnie wyprodukowana. Taki właśnie jest FIERCE. Oczywiście można go nie lubić, ale chcąc być uczciwym, wypada go przynajmniej docenić. Jestem zdecydowanie na TAK.

Nuty głowy: pomarańcza, cytryna, żywica sosnowa, kardamon

Nuty serca: rozmaryn, jaśmin, konwalia, róża

Nuty bazy: piżmo, mech dębu, wetiwer, brazyliski palisander

twórca: Christophe Laudamiel

rok wprowadzenia: 2002

moja klasyfikacja: uniwersalny, świeży, bardzo charakterystyczny, nowoczesny, syntetyczny

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 5

flakon: 3

03.06.2010 P.S.

Niniejszym informuję, że w sklepach A&F pojawiła się nowa (równoległa póki co) wersja flakonu FIERCE pozbawiona kontrowersyjnego zdjęcia nagiego męskiego torsu (!). Czyżby producent chciał w ten sposób zachęcić do nabycia swej wody tych konsumentów, których mimo wszystko naklejka zniechęcała?  Na to wygląda. Dodam, że flakon posiada bardzo finezyjną szarą, matową (dla odmiany) nakrętkę, która zaopatrzona jest od wewnątrz w swoiste "prowadnice". Z kolei obudowa atomizera posiada dwie kulkowe wypustki, które po nałożeniu zatyczki "wchodzą" w prowadniczki w nakrętce. Zamykanie flakonu odbywa się więc w dwóch etapach - nasunięcia pionowego, a następnie przekręcenia nakrętki o 1/4 obrotu. W ten sposób flakon można podnieść trzymając za nakrętkę bez obawy, że wysunie się on i spadnie. Za ten dobry patent oraz za usunięcie fotki z mojej strony uznanie dla marki. Uprzedzę komentarze i dodam, że zapach jest oryginalny. Wiem, bo sprawdziłem osobiście.

21:23, fqjcior
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010

STRICTLY FOR MEN (1988) to klasyczny zapach w stylu lat 80-tych ubiegłego wieku (jak to brzmi!). Ta debiutancka kompozycja pod marką holenderskiego kreatora mody przypomina mi nieco CHANELa ANTAEUSa, jednak bez tych ostrych zwierzęcych nut kastoreum i skóry, a także bez wosku pszczelego, który wieńczy dzieło Jacquesa Polge'a. VAN GILS Jest również nieco podobny do klasycznego TRUSSARDI UOMO. Kto zetknął się z tymi zapachami, wie czego spodziewać się po VAN GILSie. Nuty tej kompozycji - wymieniane na stronie producenta - nie są niczym nadzwyczajnym i szczególnym w perfumowym świecie. Kompozytor jednak tak dobrał te składniki pod względem jakości i ilości, że efekt końcowy jest na wskroś oryginalny.  STRICTLY FOR MEN jest bardzo mocny i intensywny (ostrożnie z atomizerem!) i bardzo trwały (ponad 10 godzin). To dość monolityczna mieszanina o zdecydowanym, męskim charakterze. Propozycja dla wielbicieli stylu lat 80-tych albo dla tych, którzy mają do nich po prostu sentyment (tak jak ja:-). Dziś nie komponuje się już takich perfum. Dobrze więc, że - w przeciwieństwie do wielu innych - VAN GILS utrzymuje go w sprzedaży do dziś. Wygląda na to, że traktuje go jako ponadczasowy klasyk i sztandarowy męski zapach w swojej ofercie.  Mało tego. W 2008 roku wypuścił nawet jego limitowaną wersję, w bardziej ozdobnym flakonie. Okazją była - jak sądzę - 20 -ta rocznica rynkowego debiutu VAN GILS STRICTLY FOR MEN.

Akord głowy – pomimo obecności cytrusowego trio – cytryna- bergamotka-werbena nie razi cytrusami. Śmiem twierdzić, że od pierwszej sekundy wyraźnie wyczuwalny jest tu kardamon. To mix tej przyprawy i cytrusów powoduje ten bardzo specyficzny efekt. Gdy po kilku minutach nikną cytrusy, robi się ziołowo-przyprawowo, z wyraźnie wzrastającą dominacją kardamonu. Baza to ciepła mieszanka z wyczuwalną ambrą. Z opisu nut na stronie producenta wynika, że w bazie mamy pomarańczę, co wydaje mi się wątpliwe, biorąc pod uwagę specyfikę cytrusów. Chyba, że chodzi o kwiat pomarańczy. Nie jest to jasne. Jasne jest natomiast to, że akord bazy to nie tylko ambra. To specyficzny konglomerat nut, który wciąż przypomina nam, co mamy na sobie. VAN GILS STRICTLY FOR MEN nie traci w czasie trwania nic ze swego specyficznego charakteru i jego nuta przewodnia jest obecna do samego końca. Poza tym jest intensywny, mocny i bardzo trwały – spokojnie ponad 10 godzin mija od aplikacji, a ja wciąż czuję go na zgięciu nadgarstka. Solidna opcja dla zdecydowanych facetów z charakterem. Cenowo rewelacja wobec tego, co otrzymujemy. Problem to - znowu – kiepska dostępność w Polsce. Pozostaje allegro, na którym zresztą też jest rzadkością... Co do flakonu to trzeba przyznać, że ma niezwykle męski design. Świetnie leży w dłoni. Jest więcej niż OK.

  

Nuty głowy: cytryna, bergamotka, werbena

Nuty serca: tymianek, kolendra, kardamon

Nuty bazy: cedr, ambra, pomarańcza, wetiwer, paczula

twórca: ?

rok wprowadzenia: 1988

moja klasyfikacja: lata 80-te zamknięte we flakonie, mocny, męski, bezkompromisowy, raczej na chłodne/zimne dni

moja ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4

trwałość: 6

flakon: 5

11:24, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2010

 CUBA - zapachowa impresja nt. kubańskiej wyspy. Otwarcie zapachu jest przepełnione ostrą lawendą, wymieszaną z nutą rumową. Dosłownie po chwili akord ten ustępuje tytoniowi, który wraz z upływającymi minutami nabiera mocy i staje się wręcz nieco gorzkawy, dość realistyczny. Wbrew pozorom sporo się tu dzieje. Po chwili spośród tytoniowej woni zaczynają nieśmiało wyglądać kwiaty - najpierw goździk, później - chyba ulubiona przez CZECH&SPEAKE - róża, która z czasem mocno rozkwita, dając mocny, lekko mdlący zapach. W bazie wraca tytoń, tym razem w nieco dziwnej, jakby "zleżałej" formie. No i ten moment nie każdemu będzie odpowiadał, bo jest nieco - jakby to powiedzieć - organiczny. Taki spocony Kubańczyk, gustujący w rumie i cygarach. Zdecydowanie dla tych, którzy szukają mocnych wrażeń i nie boją się zwierzęcych nut. Reasumując - początkowy rum i dominujący tytoń cygarowy nadają tej kompozycji tytułowy kubański klimat. Róża wprowadza trochę zamieszania, łamie i ukobieca tę kompozycję, ale nie na długo. Moim zdaniem CUBA to stricte męska rzecz, mocna i zdecydowana.  

nuty głowy: bergamotka, limetka, mięta pieprzowa, rum,

nuty serca: kwiaty goździka, wawrzynu i róży

nuty bazy: tytoń, kadzidło frankońskie, drewno cedrowe, wetiwer

  

OXFORD & CAMBRIDGE - kwintesencja brytyjskiej elegancji - kompozycja oparta na francuskiej i brytyjskiej lawendzie, z dodatkiem mięty pieprzowej, rozmarynu i bergamotki w akordzie głowy oraz ciepłego mchu dębowego w bazie. Zdecydowanie męska. Początek to lawendowy atak na nozdrza, choć nie jest to rzecz jasna wyłącznie lawenda, to jednak ona nadaje ton temu zapachowi. Po pewnym czasie jej ostrość łagodnieje i pojawiają się inne, delikatniejsze nuty. Wyłania się ciepła mchowo - sandałowa baza, tyle że lawenda jest obecna do samego końca zapachu. Osobiście bardzo lubię zapach lawendy - prawdziwej lawendy, a nie lawendowopodobnych odświeżaczy do powietrza czy wkładek pachnących do szaf. Naturalna lawenda pachnie szlachetnie, dość ostro i przyprawowo. Kręci pięknie w nozdrzach i relaksuje. Taka właśnie jest lawenda w TRADITIONAL LAVENDER i jakoś nie jestem tym zaskoczony. Jak napisano, tak uczyniono. Rzecz jest dla mężczyzn gustujących w tradycyjnej woni tego niezwykłej rośliny. Osobom nietolerującym tego zapachu radzę trzymać się od propozycji CZECH&SPEAKE z daleka...

nuty głowy: mięta pieprzowa, rozmaryn, bergamotka

nuty serca: lawenda

nuty bazy: mech dębowy, drewno sandałowe

 

ROSE - znowu róża! CZECH & SPEAK ma wyraźną słabość do tego kwiatu i uczynił go swoistym trademarkiem wielu swoich perfum. Tym razem - w przeciwieństwie do męskiej czarnej róży z NO. 88 i orientalnej, przebogatej róży w DARK ROSE, ROSE to delikatna kwiatowa kompozycja zbudowana wokół młodej róży burbońskiej, z dodatkiem zielonego geranium. W sercu kompozycji odnajdziemy kwiatowe nuty ylang ylang i mimozy. Osnową bazy jest paczula. To prawdziwy kwiatowy eliksir dedykowany kobietom. Kolorystyka flakonu też raczej utrzymana jest w damskim klimacie. Choć pierwsze sekundy przypominają mi nieco "zapach" zmywacza to paznokci (co przecież nie wykracza poza konwencję zapachu dla pań :), to już po chwili można poczuć śliczną kwiatową woń udekorowaną lekko zielonymi, jakby trawiastymi nutami. Nutki te po chwili zanikają i mamy już tylko, albo aż delikatny kwietny bukiet. I choć ROSE w żadnym wypadku nie nadaje się na zapach męski, poczucie obowiązku nie pozwala mi nie dodać, że perfumy te ładnie ewoluują i kończą się subtelnym słodkawym finiszem.

nuty głowy: róża, geranium

nuty serca: mimoza, ylang-ylang

nuty bazy: paczula

Jako, że to ostatnia część cyklu poświęconego zapachom CZECH & SPEAKE, czas na małe podsumowanie. Moje ogólne wrażenia z ich testowania to naturalność, piękno i tradycyjność kompozycji. Opieranie się na tradycyjnych składnikach perfumiarskich, z dużym udziałem kwiatów, bez rewolucyjnych prób tworzenia nowych olfaktorycznych bytów. Wykorzystanie tradycyjnych tematów: szczególne uwielbienie królewskiego kwiatu róży, ale i magnolia, neroli (kwiat pomarańczy), mimoza czy tematy orientalne (kadzidło, mirra). Klasyczny podział na akordy głowy, serca i bazy jest w perfumach CZ&S bardzo wyraźny, a obcowanie z nimi na skórze to prawdziwa frajda dla perfumomaniaka. To również wspaniała szkoła klasycznych akordów i odtrutka na często trudne i ciężkostrawne dzieła nowoczesnej perfumerii niszowej.

21:49, fqjcior
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2